Komuna Otwock ogłosiła zakończenie działalności. W manifeście podsumowującym 20 lat jej istnienia napisaliście, że okazała się ideową porażką. Dlaczego?
Grzegorz Laszuk: Idee, które głosiliśmy, okazały się niemożliwe do zrealizowania. Startowaliśmy z bardzo wysokiego poziomu ambicji, chęci i nadziei. Chcieliśmy zmienić świat za pomocą sztuki. Nasz pierwszy manifest nawiązywał do idei kontrkultury lat 60., był bardzo rewolucyjny i hurraoptymistyczny.
Pisaliście wtedy: "Dążymy do zmiany obecnego świata, w którym człowiek ma potencjalne możliwości zmiany swojej sytuacji, lecz jest ograniczany przez bezrozumne działania i rozwój świata nie ukierunkowany na szczęście ludzi. (...) Potrzebna jest rewolucja rozumu, rewolucja świadomości, potrzebna jest anarchia. Uważamy, że w stanie dzisiejszej ekonomiczno-policyjnej przemocy sferą prawdziwych rewolucyjnych działań jest sztuka".
Laszuk: Po naszych doświadczeniach to wszystko wydaje się totalnie nieprawdziwe.
"Rewolucyjna sztuka wkracza radykalnie we wszystkie dziedziny życia. Niszcząc system nienawiści i pogardy, tworzy jednocześnie nowe, wolne struktury, tworzy nową świadomość". To wszystko nieprawda?
Laszuk: Praktyka pokazała co innego. Narzędzia są niedoskonałe i ludzie są niedoskonali. Myśleć trzeba o praktyce, a nie o ideach. Wiem, że zastrzyk ideowy powołał Komunę Otwock do życia i przez wiele lat dawał energię do działania. Staraliśmy się wcielać pewne idee w życie, ale okazało się, że nie bardzo pasują do rzeczywistości.
Alina Gałązka: Nie da się dokonać jakiejś znaczącej, radykalnej zmiany społecznej poprzez sztukę. Siebie, tak, można zmienić. Ale otoczenie nie do końca. I bardzo powoli, pracą organiczną.
Laszuk: Nie chcemy być ciągle kojarzeni z manifestami sprzed 20 lat. Stąd decyzja o zakończeniu działalności.
Na miejsce Komuny Otwock powstaje nowa Komuna Warszawa. Z czego wynika ta decyzja?
Laszuk: Ze zmiany geograficznego położenia grupy ludzi, którzy tworzyli Komunę. Jeszcze tylko dwie osoby pomieszkują w Otwocku, pozostali mieszkają i pracują w Warszawie. Od dwóch lat mamy siedzibę na warszawskiej Pradze. Chcemy być związani z miejscem, w którym działamy.
Startowaliście w momencie przełomowym dla Polski, obok dokonywała się rewolucja polityczna, społeczeństwo przechodziło od totalitaryzmu do demokracji. Czy utożsamialiście się z tymi zmianami?
Laszuk: Nie. Wyrastaliśmy ze środowiska punkowo-anarchistycznego, które w latach 80. działało poza polityką i normalnym życiem społecznym. Polityce mówiliśmy fuck off. Nas to nie interesowało, chcieliśmy robić niezależne społeczeństwo.
Nie chodziliście na manifestacje solidarnościowe?
Laszuk: Ja prywatnie chodziłem, ponieważ czułem, że to jest w słusznej sprawie, ale anarchiści i punkowcy mieli to gdzieś, bo uważali, że to jest system. Był niesmak, jak tu iść z ludźmi, którzy niosą biało-czerwone flagi albo krzyże. To się kłóciło z przekonaniami anarchistycznymi.
A na msze patriotyczne?
Laszuk: Chodziło się do ks. Popiełuszki, ale do samego kościoła nie wchodziłem, nie dało się zresztą, tłum stał na zewnątrz.
Pokazywałeś "V", śpiewałeś "Boże, coś Polskę"?
Laszuk: No pewnie. A co miałem robić? Trzeba było. Jako student strajkowałem w 1988 roku w obronie NZS.
Komuna Otwock była alternatywą dla tej drugiej rewolucji - solidarnościowej?
Laszuk: To był inny nurt. Pamiętam zamieszanie, kiedy robiliśmy pierwsze imprezy w Otwocku, w 1989 roku. Nikt nie wiedział, o co nam chodzi - Komuna robi demonstracje. Dowiedziałem się potem, że policja dzwoniła do burmistrza i pytała, co robić. Nie wiedzieli, co to za twór, który nie wpisuje się ani w postkomunistów, ani w "Solidarność".
Źródło: Duży Format