Koszalińscy radni przyznali tytuł honorowego obywatela urzędującemu prezydentowi miasta. Mikietyński stanął w jednym rzędzie z
Janem Pawłem II, biskupem Ignacym Jeżem i polarnikiem Markiem Kamińskim. W 20-letniej historii III RP nic podobnego wcześniej się nie zdarzyło.
Z uzasadnienia wniosku o nadanie tytułu: "Mirosław Mikietyński pozostał w Koszalinie i poświęcił miastu swoją karierę zawodową i najbardziej twórcze lata życia" Najpierw pomyślałem: "Miś". Łubu-dubu, niech żyje nam prezes naszego klubu. Później dowiedziałem się, że Mikietyński jest nieuleczalnie chory.
Honorowym obywatelem został w ekspresowym tempie. W połowie października do biura rady miasta wpłynął wniosek. Po dwóch tygodniach gotowa była uchwała, którą przegłosowali radni. Przeciwko było tylko
SLD. W listopadzie prezydent odebrał wyróżnienie.
Wnioskodawcą nadania tytułu Mikietyńskiemu był Bogdan Gutkowski. Dyrektor generalny firmy AOS stawiającej elektrownie wiatrowe, w wolnych chwilach - szef koszalińskiego Teatru Propozycji "Dialog".
- Niedawno dostałem medal za zasługi dla Koszalina -wyjaśnia. -Jak mi go dawali, pomyślałem, że przy jego dokonaniach moje są jak jamnik stojący przy Związkowcu [najwyższy budynek w mieście]. Wymyśliłem, że trzeba mu podziękować. A jak coś wymyślę, działam od razu.
- Co pan z tego będzie miał?
Obrusza się: - Tylko satysfakcję, że człowiek, który na to zasługuje, usłyszał "dziękuję".
Nie jest i nie będzie w żadnej partii. Nie ma relacji biznesowych z miastem. Pieniądze zarabia poza Koszalinem i za granicą. Mikietyńskiego zna przez swoją działalność w kulturze. Złośliwe komentarze (np. że to wazeliniarstwo) ignoruje.
Krystyna Kościńska, radna SLD: - Stworzyła sie bardzo niezręczna sytuacja. Ku naszemu zdziwieniu prezydent przyjął wyróżnienie.
Zdzisław Pacholski, artysta fotograf, 62 lata: "Przed ratuszem robiłem zbiorowe zdjęcie pracownikom urzędu. Miało być podziękowaniem dla prezydenta za wspólną pracę. Ale ja czułem się, jakby to było pożegnanie" W gabinecie prezydenta Koszalina wita mnie 52-letni, szczupły mężczyzna. Inteligentna, młoda twarz, włosy lekko przyprószone siwizną.
Chcę siadać na krześle, ale on zaprasza do foteli z wysokim oparciem (ktoś mi później wyjaśnił, że w takim fotelu mniej się męczy).
- Co się zdarzyło, że akurat teraz radni pana docenili?
- Choroba postępuje i wszyscy to widzą - odpowiada Mikietyński. Mówi z pewnym trudem. Z wykształcenia jest lekarzem, chirurgiem dziecięcym, ostatnią operację przeprowadził 6 stycznia 2008 r. - Z zakłopotaniem przyjmuję te zaszczyty. Jestem zaprojektowany do innych celów: do wykonywania zadań, rozwiązywania problemów.
Podkreśla, że zamieszanie nie było inspirowane przez ratusz. - Na początku Gutkowski zadzwonił do mojej żony, by wysondować, co ja na to. Uznałem, że takiej prośbie się nie odmawia.
Dariusz Lebiedowicz, 43 lata, mieszkaniec Koszalina: "Czy Mikietyński zasłużył na tytuł? To miasto jest inne niż siedem lat temu. Ale myślę, że gdyby nie choroba, nikt by o tym nie pomyślał" Objawy pojawiły się pod koniec 2007 r. Pacjent sam postawił sobie diagnozę.
- Specjaliści ją potem potwierdzili - wspomina żona Urszula. Też lekarka.
Prezydent mówi: - To rzadka choroba, zapadalność jest na poziomie jeden na sto tysięcy. W Koszalinie [miasto ma 107 tys. mieszkańców] tą jedną osobą jestem ja.