Od 20 lat - bez względu na to, czy to lata tłuste, czy chude - Polska ma deficyt. To znaczy, że w publicznej kasie nie ma pieniędzy na pokrycie wydatków państwa. Ile brakuje - pożyczamy. I słono płacimy za to bankierom, np. w 2010 r. koszty obsługi długu pochłoną 35 mld zł, na 301,2 mld zł wszystkich wydatków. Mniej więcej co dziesiątą złotówkę nasze państwo wyrzuca w błoto!
Na co wydalibyśmy takie pieniądze, gdybyśmy nie dźwigali garbu zadłużenia? Na drogie, ratujące życie procedury medyczne? Stypendia dla zdolnej młodzieży ze wsi? Ekstrawaganckie muzea zaprojektowane przez najlepszych na świecie architektów? A może zafundowalibyśmy emerytom wakacje na Majorce? Pomarzyć można, bo za to akurat nie trzeba płacić.
Według
dziesięciorga ekonomistów nasz deficyt - wbrew temu, co twierdzi rząd - wcale nie jest wypadkiem przy pracy, nie wynika z obecnego kryzysu. Ma, niestety, charakter trwały. W 2008 r. wydatki stanowiły 42 proc.
PKB, a w przyszłym roku wydamy już 47,4 proc. PKB. Nawet gdy gospodarka złapie wiatr w żagle - nie ma szans na spadek deficytu.
Ekonomiści przestrzegają przed pokonaniem przez dług bariery 55 proc. PKB już w 2010 lub w 2011 r. Wtedy rząd musiałby przedstawić
budżet dla obywateli drakoński - zamrożone pensje budżetówki, czyli nauczycieli, policjantów czy żołnierzy, niskie podwyżki dla emerytów.
Rząd i minister finansów Jacek Rostowski to wiedzą. Ekonomiści krytykują jednak ich pomysły na radzenie sobie z długiem, bo nie rozwiązują one prawdziwych kłopotów finansów publicznych. Pomysł ściągnięcia dodatkowego 1 mld zł ze składki rentowej od najlepiej zarabiających ma dla rządu tę zaletę, że jest "bezbolesny politycznie", bo kto się przejmie bogaczami? Pomysł przekazywania do OFE tylko części składki emerytalnej "nie ogranicza skali zadłużania się państwa, a tylko ją ukrywa".
Autorzy apelu proponują wyodrębnienie długu emerytalnego z całości naszego zadłużenia (kupione przez OFE obligacje, na sumę ok. 110 mld zł, nie zaliczałyby się do długu). Chodzi im zapewne o to, by rząd - starając się za wszelką cenę "przypudrować" to zatrważające pogrążanie się w kredytach - nie wyskakiwał z niemądrymi pomysłami.
Ekonomiści boją się jednak, by taki oddech - wydzielenie długu emerytalnego zmniejszyłoby zadłużenie Polski, co prawda tylko na papierze, o 10 pkt proc. PKB - nie uśpił rządu.
Dlatego wzywają do reform. Zwłaszcza do: **zniesienia przywilejów emerytalnych, **zrównania wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn, **wprowadzenia ubezpieczeń zdrowotnych i drobnych opłat za wizytę u lekarza, **lepszego adresowania pomocy socjalnej (dziś ponad połowa pieniędzy nie trafia wcale do najbiedniejszych).
Premier
Donald Tusk wszystko to wie. Minister Michał Boni podobne pomysły zawarł w znanym raporcie sprzed kilku miesięcy "Polska 2030". Teraz ministrowie pracują nad "Planem rozwoju i konsolidacji finansów publicznych". "Gazeta" opisała go kilka dni temu. Są w nim te same postulaty, które przedstawiają ekonomiści.
Może zatem jest szansa na niezbędne reformy? Otóż nie. Na przeszkodzie stoją słupki popularności. Odbieranie przywilejów, wydłużanie lat pracy - choć potrzebne, wyborców zabolą. A kalendarz jest taki, że w przyszłym roku mamy wybory prezydenckie, a w kolejnym - parlamentarne. Podjęcie niepopularnych reform mogłoby zaszkodzić prezydenckim aspiracjom Donalda Tuska i dobremu wynikowi PO.
- Mamy wątpliwości, czy obecnemu rządowi starczy odwagi na rozpoczęcie reform już teraz. Pora, by politycy w Polsce zrozumieli przesłanie raportu "Polska 2030": "Przyszłość zaczyna się dziś". Nie można czekać, aż problemy rozwiążą się same, bo się nie rozwiążą - piszą w apelu ekonomiści.
Nasi rozmówcy z Platformy rysują taki scenariusz: najpierw musimy wygrać wybory, a dopiero potem - gdy już będziemy mieli przyjaznego prezydenta, a nie wetującego wszystko Lecha Kaczyńskiego - przyjdzie czas na reformy. Oby nie było za późno!
List podpisali: Jakub Borowski, ekonomista Invest Banku, Maciej Bukowski, prezes Instytutu Badań Strukturalnych, Agnieszka Chłoń-Domińczak, b. wiceminister pracy, prof. Marek Góra, współtwórca reformy emerytalnej z 1999 r., wykładowca SGH, Bogusław Grabowski, b. członek Rady Polityki Pieniężnej, prezes Skarbca, Janusz Jankowiak, ekonomista Polskiej Rady Biznesu, Witold Orłowski, b. doradca prezydenta Kwaśniewskiego, ekonomista PricewaterhouseCoopers, Ryszard Petru, ekonomista
BRE Banku, Krzysztof Rybiński, b. wiceprezes
NBP, dziś w Ernst & Young, Wiktor Wojciechowski, ekonomista z Forum Obywatelskiego Rozwoju.
Pełna treść listu