- Wysłałem właśnie faksem rezygnację niemieckiemu ministrowi kultury Berndowi Neumannowi. Moja decyzja jest ostateczna - mówi "Gazecie" prof. Szarota, ceniony historyk z Instytutu Historii PAN.
Do kilkunastoosobowej rady naukowej "widocznego znaku, która działa obok rady zarządzającej, został powołany w lipcu jako jedyny Polak. Komentowano to jako świetny wybór. Prof. Szarota jest znawcą II wojny światowej, autorem m.in. książki "Okupowanej Warszawy dzień powszedni". Na początku roku przygotowywał w berlińskim Muzeum Historii Niemiec bardzo dobrze przyjęta wystawę o historii Polski i Niemiec pokazującą wojnę, niemieckie zbrodnie, deportacje Niemców w latach 40. i w końcu pojednanie, którego zawsze był orędownikiem.
W radzie naukowej Szarota miał reprezentować polski punkt widzenia na powojenne wysiedlenia Niemców. W Polsce "widoczny znak" od początku budził niepokój. Obawialiśmy się, że deportowani
Niemcy będą tam przedstawieni jako ofiary wojny, a Polacy jako zbrodniarze. Obecność Polaka miała temu zapobiegać. Ustalił to w lutym 2008 r. w Warszawie minister Neumann z prof. Władysławem Bartoszewskim, pełnomocnikiem rządu ds. stosunków z Niemcami.
Szarota wycofuje się z rady naukowej po jej pierwszej poniedziałkowej sesji w Berlinie. Odmawia wyjaśnienia przyczyn, ale "Gazeta" dowiaduje się, że chodzi o spór szefa dyplomacji Niemiec, liberała Guido Westerwellego z chadekami o Erikę Steinbach. Westerwelle ostro sprzeciwia się wejściu szefowej Związku Wypędzonych do rady zarządzającej "widocznym znakiem". Nie pozwala na to jej życiorys - twierdzi minister. Steinbach jako posłanka CDU głosowała m.in. przeciwko ratyfikacji polsko-niemieckiego traktatu granicznego z 1990 r.
- Dlaczego nie prześwietlono życiorysów polskich członków rady "widocznego znaku" ? - pyta w liście otwartym do Westerwellego 16 europosłów bawarskiej CSU (partii siostry CDU), która wspiera Steinbach. Chodziło o Szarotę.
Ale w jego życiorysie plam nie ma. Urodzony w styczniu 1940 r., kilka tygodni po rozstrzelaniu przez Niemców jego ojca - literaturoznawcy Rafała Marcelego Blütha. Profesor poczuł się dotknięty, że żaden z niemieckich polityków czy naukowców związanych z "widocznym znakiem" na list nie zareagował.
- To dla nas strata. W projekcie powinni brać udział Polacy, bo chodzi o pojednanie. Żałuję, że po obu stronach górę biorą emocję. List posłów CSU był niepotrzebny - komentuje Karl-Georg Wellmann, poseł CDU odpowiedzialny w partii za kontakty z Polską.
Jak się dowiadujemy, jest bardzo mało prawdopodobne, by miejsce Szaroty zechciał zająć którykolwiek z polskich uczonych.