Trybunał stwierdził, że państwo ma obowiązek sprzyjać realizowaniu wolności wyznania oraz - jak mówi konstytucja - z poszanowaniem autonomii i wzajemnej niezależności państwa i wyznań "współdziałać dla dobra człowieka i dobra wspólnego". Oznacza to, że państwo nie może się do Kościoła wtrącać, ale powinno go wspierać. Teoretycznie wszystkie religie mają te same prawa. To, że w praktyce przynależą one jedynie Kościołowi katolickiemu, nie jest winą państwa ani tego Kościoła, lecz rzeczywistości: w Polsce najwięcej jest rzymskich katolików. A państwo nie musi sztucznie wyrównywać sytuacji wyznań.
Kościołom, które - jak prawosławny - bezskutecznie zabiegają o finansowanie swych uczelni, czy ateistom, którzy woleliby się uczyć etyki, ale nie mogą, bo takich lekcji brak, Trybunał odpowiada: nie sądzimy rzeczywistości, tylko prawo. Jeśli rzeczywistość jest sprzeczna z prawem - nie jest to sprawa dla Trybunału.
I tak ziarno do ziarna. Państwo już finansuje naukę religii katolickiej (konstytucja mówi tylko, że religia może być nauczana w szkołach, ale jedynie katolicy spełniają warunki z ustawy oświatowej: co najmniej siedmiu uczniów w szkole). Finansuje kształcenie duchownych katolickich, wspiera katolickie uczelnie, które przecież pobierają czesne. Sankcjonuje państwowym świadectwem naukę religii katolickiej. W klasach (urzędach, Sejmie) wiszą krzyże - poprzednio i to Trybunał uznał za zgodne z konstytucją, bo ustawa oświatowa mówi, że krzyż "może", ale nie musi wisieć. Jakby "musiał", to może byłby kłopot... A może nie.
Wór z ziarnem się wypełnił i zwalił na ziemię z hukiem. A Trybunał nic nie słyszy. Jak u Zenona.
I nie ma tu nic do rzeczy, że katolicyzm promuje wartości uniwersalne, katecheza to potrzebne każdemu wychowanie moralne, a krzyż to znak pokoju i miłości bliźniego.
Trybunał od lat orzekał na rzecz religii, oczywiście katolickiej. Ale przy tamtych wyrokach przynajmniej dwu sędziów zgłaszało zdanie odrębne. Teraz jedyną z 15 sędziów Trybunału, która odmawia rozumowania według Zenona, jest Ewa Łętowska.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że w sprawach Kościoła katolickiego pozostali sędziowie raczej dają świadectwo, niż sądzą.
Źródło: Gazeta Wyborcza