Dla nacjonalistów to cios, bo liczyli na co najmniej 30 proc., choć po cichu mieli nadzieję nawet na 40-proc. frekwencję. W tej sytuacji to, że 94 proc. głosujących opowiedziało się za niepodległością Katalonii, nie miał już znaczenia. W gminach, w których odbyło się referendum, mieszka w sumie tylko ok. 10 proc. obywateli regionu.
Nie pomogła wielka mobilizacja katalońskiej opinii publicznej. Na czele kampanii stanęła najważniejsza gazeta regionu "La Vanguardia" oraz Joan Laporta, prezes klubu
FC Barcelona - narodowej instytucji Katalonii.
Głosowanie i tak nie miało mocy prawnej, bo nie poparł go regionalny rząd Katalonii ani tym bardziej socjalistyczne władze w Madrycie. Jednak dla nacjonalistycznej koalicji w Barcelonie referendum miało być środkiem nacisku na trybunał konstytucyjny, który ma rychło orzec, czy nowy statut autonomiczny Katalonii jest zgodny z konstytucją Hiszpanii.
Statut został uchwalony przez parlament w Madrycie i Katalończyków oraz przyjęty w regionalnym referendum trzy lata temu, ale zaskarżyła go prawica. Sędziowie trybunału skłaniają się ku odrzuceniu wielu artykułów statutu, m.in. określenia Katalończyków jako osobnego narodu czy uznania katalońskiego za obowiązkowy język.