Media katolickie w broszurze "Bioetyka katolicka" domagają się od parlamentu, by zakazał in vitro pod groźbą więzienia (do trzech lat) dla lekarza, a nie dla niepłodnej pary. To miłościwe posunięcie przypomina ustawę antyaborcyjną, zgodnie z którą także karany jest lekarz, a nie kobieta.
Jeżeli in vitro to według Kościoła "wyrafinowana aborcja", to bezkarność "rodziców zabijających dzieci" budzi zdumienie. Czy to taktyka, bo karanie ludzi starających się o potomstwo zostałoby uznane za zbyt okrutne? A może elementarna empatia dla niepłodnych par? A może w głowach najzagorzalszych nawet krytyków in vitro czai się niepewność?
Nie zdziwiłbym się, gdyby tak było. Poglądy przedstawiane jako ponadczasowe zasady etyczne są w istocie arbitralne i pełne wewnętrznych sprzeczności.
Argumenty przeciw in vitro są - jak wiadomo - dwa, może dwa i pół, wciąż te same. Katolicka broszura wykłada je z perswazyjnym uproszczeniem.
Sakralizacja zarodka Kościół przyjmuje, że człowiek istnieje od "samego połączenia komórki męskiej i żeńskiej". "Odtąd staje się dzieckiem, a ci, którzy mu przekazali życie, ojcem i matką" - pisze abp Józef Michalik.
Kościół opisuje to jako oczywistą oczywistość, choć dopiero półtora wieku temu Pius IX w "Apostolicae sedis" zabronił aborcji od początku ciąży. Ojcowie Kościoła, jak św. Augustyn czy św. Tomasz z Akwinu, uznawali, że płód zostaje obdarzony duszą w 40., a nawet 80. dniu istnienia (mężczyźni wcześniej...) i dopiero wtedy można mówić o nowym życiu ludzkim. Akwinata był zdania, że zanim to nastąpi, działa dusza ojca przekazana przez nasienie.
Uznanie, że zapłodniona komórka jajowa jest człowiekiem, wymaga ekwilibrystyki. Co zrobić np. z rodzeństwem monogamicznym, skoro na początku zarodek jest zawsze jeden? Czyżby jego dusza musiała się podzielić? Nic z tych rzeczy. "Mamy do czynienia z jednym istnieniem, animowanym przez duchową duszę, późniejsze zaś pojawienie się drugiego istnienia (pomiędzy 2. a 10. dniem od poczęcia) implikuje wlanie oddzielnej duszy temu nowemu istnieniu ludzkiemu" - argumentują bioetycy katoliccy jak Laura Palazzani.
Inny problem to niezmiernie częste naturalne poronienia, niemal reguła, gdy zajdzie w ciążę kobieta w okresie karmienia. Oznaczałoby to przecież, że życie nienarodzone ginie w naturalny sposób.
To wszystko objaśniają subtelne dzieła teologiczne. W broszurze mediów katolickich sprawa stoi jasno: zarodek jest dzieckiem/człowiekiem i nie wolno go zabijać, a więc także zamrażać. Lekarze twierdzą, że zamrożone zarodki będą wykorzystywane do następnych ciąż tej samej pary lub innych par. Kościół jest i tak przeciw, bo - jak wiadomo - część obumrze, tak jak w naturze, a część zapewne zostanie z czasem zniszczona.
Ale czemu nie wolno zamrozić zarodka, który na pewno zostanie wykorzystany do kolejnej ciąży u tej samej kobiety? Jego życie przecież ocaleje.
Przyczyna tkwi w empatii. Jeżeli grudka komórek jest już dzieckiem, to nie można jej/go zamrażać, bo dzieci się nie zamraża. "W najsłabszej fazie jego istnienia oddaje się je do zamrażarki czy poddaje procedurom laboratoryjnym. Są to warunki zupełnie nieludzkie" - pisze w broszurze abp Henryk Hoser.
Obowiązuje empatia, bo tak reagujemy na ludzi. Poseł
Jarosław Gowin słyszy nawet płacz zamrażanych zarodków.
Ochrona życia zagnieżdżonego? A gdyby tak odejść od emocji i zapytać, dlaczego w ogóle mamy chronić życie nienarodzone? Odpowiedź, która zadowoli wszystkich, brzmi: bo to wcześniejsza forma życia takiego samego jak nasze, bo zarodek będzie się rozwijał, aż przyjdzie na świat, urośnie i będzie - mędrzec czy głupek, święty czy grzesznik - jednym z nas.
U podstaw jest zatem zasada - nazwijmy ją tak - kontynuacji istnienia: coś jest człowiekiem, bo nim się nieodwołalnie stanie. Życie zaczyna się, gdy biologiczna forma uzyska taki stan, który w niezakłóconych warunkach doprowadzi do narodzin człowieka.
Chodzi jednak o to, że tylko co piąty zarodek osiąga formę noworodka - tak to urządziła matka natura. Zarodek podróżujący przez kilka dni do macicy lub - o zgrozo - rozwijający się w szkle jest bytem bezradnym i niesamodzielnym. Aby stał się prawdziwą ludzką potencją, musi się zagnieździć w ścianie macicy, połączyć z organizmem matki. Inaczej zginie.
Zgodnie z zasadą kontynuacji bardziej uprawnione byłoby uznanie, że życie zaczyna się wraz z zagnieżdżeniem zarodka w ścianie macicy, co zresztą lekarze uznają za początek ciąży. Szansa na zdrowy poród ogromnie wtedy wzrasta i tylko zdarzenia nadzwyczajne (np. zaburzenia hormonalne czy aborcja) mogą przerwać ten proces. Zasada ochrony życia zagnieżdżonego przyniosłaby jakąś ulgę w sporach światopoglądowych, bo "obrońcy życia" mogliby moralnie sankcjonować mrożenie zarodków w in vitro, a także środki antykoncepcyjne (poza wczesnoporonnymi). Wciąż spieralibyśmy się o aborcję.
Nie sądzę jednak, bym przekonał "obrońców życia", bo kult zarodka jest zbyt silny. Poza nim jest zresztą coś jeszcze.