http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Bunt Katalonii

Maciej Stasiński
2009-12-13, ostatnia aktualizacja 2009-12-11 19:47

Nacjonalizm hiszpański i kataloński przestały targować się o pieniądze i uprawnienia a zaczęły wadzić się o godności i tożsamość. Skąd w europejskim, demokratycznym kraju ten przypływ obłędnych pasji?

W grudniu 2009 r. na lokale wyborcze zamieniono sklepy, szkoły, centra kultury, a nawet kościoły i domy parafialne, bo w wielu miastach kler poparł niepodległościowe zakusy Katalończyków.
W niektórych powiatach do głosowania dopuszczono również imigrantów spoza Unii Europejskiej. Organizatorzy spodziewali się wówczas 50-procentowej frekwencji i zapowiadali kolejne referenda, między innymi w kwietniu w stolicy Katalonii, Barcelonie
Fot. MANU FERNANDEZ AP
W grudniu 2009 r. na lokale wyborcze zamieniono sklepy, szkoły, centra kultury...
W hiszpańskiej Katalonii mieszkańcy 166 miast i wsi w niedzielę mogło wypowiedzieć się na temat niepodległości prowincji. Referendum nie ma mocy prawnej - jego organizatorem nie jest administracja państwowa, tylko organizacje społeczne. Konsultację zorganizowała najmniejsza katalońska wieś San Jaume. Na 21 mieszkańców uprawnionych do głosowania, głosowało 19, z czego 18 opowiedziało się za niepodległością Katalonii.
Fot. MANU FERNANDEZ AP
W hiszpańskiej Katalonii mieszkańcy 166 miast i wsi w niedzielę mogło...
ZOBACZ TAKŻE
Barcelona i reszta Katalonii żyją w gorączce, jakiej nie przeżywały od końca dyktatury generała Francisca Franco. Na ulicach, na balkonach, na stadionie FC Barcelona flagi katalońskie z gwiazdą, symbol niepodległości Katalonii. Symbol wyzywający wobec konstytucji Hiszpanii, która 31 lat temu określiła nowoczesne demokratyczne państwo prawa. Przyznała zapewne najszersze w całej Europie swobody autonomiczne historycznym regionom, jak Katalonia czy Kraj Basków, ale za symbol narodowy uznaje flagę Hiszpanii.

W niedzielę w 161 miasteczkach katalońskich, choć nie w Barcelonie, zapalczywi nacjonaliści przeprowadzą referendum na temat oderwania Katalonii od Hiszpanii. Plebiscyt pod hasłem "Godność Katalonii oznacza niepodległość" nie ma mocy prawnej. Ale jego wynik ma posłużyć jako kolejny kamień, którym nacjonaliści rzucą nie tylko w Hiszpanię, ale w szczególności w trybunał konstytucyjny. Ten od trzech lat nie potrafi zdecydować, czy nowy statut autonomiczny Katalonii jest zgodny z konstytucją Hiszpanii.

Dwa tygodnie temu podobnym kamieniem był wspólny artykuł redakcyjny opublikowany na pierwszej stronie przez 12 największych katalońskich gazet. Wstępniak pod tytułem - znowu - "Godność Katalonii" ostrzegał trybunał przed obaleniem lub choćby ostruganiem statutu z niekonstytucyjnych artykułów i zapowiadał, że w takim przypadku Katalonia znajdzie stosowną "prawomocną odpowiedź odpowiedzialnego społeczeństwa".

Dwa nacjonalizmy

Nie było dotąd w demokratycznej Hiszpanii takiej fali nacisków na trybunał konstytucyjny utworzony 31 lat temu jako jeden z filarów nowoczesnego państwa prawa. Trybunał istotnie od trzech lat debatuje nad statutem. Impas to skutek remisu między "konserwatywnymi" przeciwnikami statutu oraz "postępowymi" jego zwolennikami.

- Emocje są tak rozbuchane, że gdyby dwa tygodnie temu w meczu Barcelona - Madryt nie wygrała Barca, nastąpiłyby zbiorowe samobójstwa - mówi Ricardo Estarriol, publicysta największego katalońskiego dziennika "La Vanguardia".

Po drugiej stronie barykady, umownie mówiąc - w Madrycie, namiętności są nie mniejsze. Ani opozycyjna prawica, ani część rządzących Hiszpanią socjalistów nie popiera aż takiego poszerzenia autonomii Katalonii, jakie przewiduje jej nowy statut. Boją się, że osłabi on zasadę solidarności, w myśl której bogate regiony łożą część swoich dochodów na rzecz biednych (Katalonia jest trzecia z 18 regionów pod względem zamożności), a także umożliwi późniejsze oderwanie Katalonii od Hiszpanii. Ożywia ich nie tylko troska o harmonię wspólnego państwa, ale także nacjonalistyczne - wielkohiszpańskie, imperialne - przekonanie, że narodowe roszczenia Katalończyków, podobnie jak Basków czy Galisyjczyków, mącą tylko sen o "Hiszpanii jednej, wielkiej i wolnej". Nacjonaliści hiszpańscy znajdują potwierdzenie od zawsze żywionego przekonania, że Katalończycy to bezczelni, mali dorobkiewicze, którzy z drugorzędnej odrębności czynią quasi-narodowy fetysz.

Dziś te dwa nacjonalizmy - jeden wielkiego, drugi małego narodu - przestały targować się o pieniądze i uprawnienia, a zaczęły wadzić się o godności i tożsamości i w nieznanej dotąd zaciekłości gotowe są skoczyć sobie do gardeł. "Cid o Estatut" tytułuje komentarz w "La Vanguardii" Antoni Puigverd, nawiązując do średniowiecznego bohatera narodowego Hiszpanii Cyda, który dla Hiszpanów jest takim ojcem założycielem ich narodowej tradycji jak Roland dla Francuzów.

Skąd w tym wielkim europejskim kraju ten przypływ obłędnych pasji, jakby chodziło nie o spory kompetencyjne i finansowe w pluralistycznej demokracji, lecz o wojnę, podbój, panowanie i prawo do samostanowienia?

Umiarkowani w swoich narodowych zapędach Katalończycy, krytycy rodzimego nacjonalizmu, winnego upatrują na prawicy, w czasie rządów José Marii Aznara w latach 2000-04. Prawica miała wtedy większość absolutną i pozbyła się partnerów koalicyjnych z umiarkowanej katalońskiej partii narodowej Convergencia i Unio. Katalończycy uważają, że to wtedy Madryt przestał ich słuchać i przyczynił się do rozpętania ich namiętności nacjonalistycznych i wrogości do Hiszpanii.

Umiarkowani w swojej hiszpańskiej dumie Hiszpanie, krytycy wielkohiszpańskiego nacjonalizmu, odpowiedzialnością obciążają socjalistów, którzy rywalizując z rządzącą prawicą Aznara, celowo rozbudzili nacjonalistyczne namiętności Katalończyków. W kampanii przed wyborami w marcu 2003 roku wyglądało na to, że prawica niesiona na fali gospodarczego powodzenia nie da sobie odebrać zwycięstwa. Przywódca socjalistów José Luis Rodriguez Zapatero zwolenników szukał, gdzie się tylko dało. Znalazł ich m.in. w Katalonii. I dlatego nie tylko zapowiedział wycofanie wojsk hiszpańskich z Iraku, dokąd wysłał je premier Aznar, ale niespodziewanie obiecał Katalończykom nowy statut. (Stary uchwalono w 1979 roku, tuż po odzyskaniu demokracji). - Przyjmę wszystko, co sobie uchwalicie w Barcelonie - oświadczył.

Nikt nie brał tego poważnie, bo socjaliści mieli przegrać po raz trzeci z rzędu. Ale zamachy terrorystyczne w Madrycie trzy dni przed wyborami i śmierć niemal 200 ofiar odwróciły losy wyborów. Kiedy Zapatero został premierem, Katalończycy trzymali go za słowo. Istotnie, to premier rozzuchwalił nacjonalistów. Zawarł z nimi pakt, którego dziś jest zakładnikiem.

Rozcieńczony statut

Katalońska koalicja socjalistów, byłych komunistów i lewicowych nacjonalistów uznała, że ich bogata, mała ojczyzna jest upośledzona przez rząd w Madrycie, i zażądała więcej władzy i więcej pieniędzy.

Najbardziej radykalni uznali zaś, że ich mała ojczyzna jest ich jedyną ojczyzną, i ogłosili, że nowy statut to wstęp do niepodległości. W cztery miesiące koalicja uchwaliła w parlamencie w Barcelonie statut, który ustanawiał między Katalonią i Hiszpanią niemal stosunki międzypaństwowe. Uznał Katalonię za osobny naród, przyznawał jej prawo poboru wszystkich podatków i jednostronnego oddawania pewnej kwoty Madrytowi, przyznawał jej też wyłączne kompetencje w sprawach sądownictwa, bankowości, ubezpieczeń społecznych, edukacji i zarządu portami i lotniskami. Co więcej, dawał Katalończykom prawo do "określenia swego losu jako narodu w przyszłości".

Hiszpańska prawica podniosła alarm, że Katalończycy rozbijają Hiszpanię i niszczą konstytucję z 1978 roku. Doszło do bojkotu katalońskich produktów. Wtedy dopiero przeląkł się socjalistyczny rząd. Zapatero złamał więc obietnicę wyborczą i okroił statut z najważniejszych postanowień. Definicję Katalonii jako osobnego narodu przeniósł z tekstu do preambuły, w tekście "naród" zastąpił "narodowością". Samostanowienie finansowe zamienił na pobór podatków pół na pół przez Madryt i Barcelonę (dotąd podatki zbierał fiskus hiszpański, a w Katalonii zostawało ok. 35 proc. najważniejszych podatków). Przyznał Katalonii większe uprawnienia w sprawach języka, imigracji czy wymiaru sprawiedliwości, ale odebrał jej wyłączne prawo zarządzania wielkim lotniskiem w Barcelonie, prawo do własnej reprezentacji sportowej i prawo wyboru własnych posłów do Parlamentu Europejskiego. Wprowadził za to obowiązek znajomości katalońskiego dla mieszkańców regionu.

Co gorsza, premier Zapatero porzucił trójpartyjną koalicję socjalistów, postkomunistów i lewicowych nacjonalistów, której rok wcześniej obiecywał gruszki na wierzbie i która statut napisała, a na partnera do jego okrawania wybrał sobie opozycyjną w Barcelonie partię umiarkowanych nacjonalistów Convergencia i Unio.

Rozcieńczony statut przyjął parlament Hiszpanii. Prawica głosowała przeciw, ale mniejszość katalońska nie miała innego wyjścia, jak go poprzeć. Tylko radykałowie separatyści byli przeciw. - To jest dobry statut dla każdego innego regionu Hiszpanii, ale dla Katalonii jest zły. Katalończycy potrzebują więcej! - oświadczył ich rzecznik.

Prawica zaskarżyła statut do trybunału konstytucyjnego. A wiarołomstwa nacjonaliści katalońscy, nie tylko radykałowie, premierowi Hiszpanii nie zapomnieli.

Miarą zgniłego kompromisu był plebiscyt, któremu poddany został statut w Katalonii. Poparło go co prawda ok. 75 proc. głosujących, ale ponad połowa uprawnionych została w domu. To podważyło pozycję nacjonalistów, którzy upierali się, że nowy statut popiera większość Katalończyków.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 9 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    15 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':