Bardzo charakterystyczny jest komentarz redakcyjny jednego z największych dzienników
USA "Los Angeles Times". "Pisaliśmy wcześniej i nadal wierzymy, że nagrodzenie Obamy Noblem, gdy tak niewiele konkretnego osiągnął, było błędem i zmniejszyło wiarygodność nagrody - pisze redakcja. - Jednak jego mowa w Oslo prawie sprawiła, że było warto".
"LA Times" dodaje, że Obama pokazał "moralną jasność tak trudną do znalezienia w po-zimnowojennym świecie" i dodaje, że mowa prezydenta USA "powinna być instrukcją prowadzącą świat w sprawach konfliktów, biedy i tyranii". "Obama ma więcej wiary w dyplomację niż miał Bush, ale jest to wiara wsparta przez karabiny. To potężna mieszanka" - kończy gazeta.
Wielu komentatorów w USA i Europie podkreśla, jak potężne było poparcie Obamy dla ruchów demokratycznych w krajach rządzonych przez dyktatury, np. w Birmie czy Iranie. CNN zauważył, że Obama sam je w ostatnim momencie wzmocnił. Otóż w przygotowanym tekście mowy kluczowe zdanie brzmiała: "te ruchy [demokratyczne] mają po swej stronie nadzieję i historię". Tymczasem Obama dodał: "mają nas po swojej stronie".
Z kolei słowa Obamy "powiedzieć, że siła jest czasem konieczna to nie jest ukłon w stronę cynizmu, tylko uznanie historii" spotkało się ze sporą krytyką w Europie. "Poza paroma zdaniami to przemówienie mogło być wygłoszone przez George'a Busha" - napisał norweski dziennik "Dagsavisen". A komentator
radia NRK wprost zapytał: "Czy Obama to posłodzony Bush?"
Reginald Dale z waszyngtońskiego Centrum Studiów Międzynarodowych i STrategicznych tak bronił "kluczowej" jego zdaniem mowy Obamy: "W wielu miejscach świata panuje przekonanie, że pokój jest równoznaczny z pacyfizmem. A nie jest. Nie wystarczy być po prostu miłym i liczyć, że na świecie zapanuje pokój..."
Dan Balz z "Washington Post" pisze: "To koronny dowód na to, jak wielki dystans dzieli ubieganie się o prezydenturę od bycia prezydentem. Polityk, który startował w wyborach jako przywódca sił antywojennych w swej partii teraz (...) przedstawił zasadniczą obronę prowadzenia wojen... Jego mowa w Oslo będzie zapamiętana dzięki argumentom na rzecz wojen jako instrumentu zaprowadzania pokoju".
Obamę spotkały też słowa pochwały ze strony amerykańskiej prawicy. "To, co prawda, tylko słowa - pisze Michael Ledeen z konserwatywnego "Narional Review". - Ale to była niezwykła przemowa, z wieloma słowami po prostu ze słownika neokonserwatystów".
Wielu komentatorów podkreśla, że mowa w Oslo to ogłoszenie "Doktryny Obamy" i że prezydent poparł głęboko zakorzenione w amerykańskiej tradycji przekonania o polityce zagranicznej jako walce dobra ze złem, o wyjątkowości USA i o tym, że ich siła militarna może służyć dobrym celom.
Sam Obama w wywiadzie dla NBC nieco łagodził te interpretacje. Podkreślał, że "USA są najmocniejszym państwem świata", ale dodawał "że problemy świata nie mogą być rozwiązane przez jeden kraj". Mówił, że amerykańskie idee wolności i demokracji "są uniwersalne", ale zastrzegał, że "inne kraje mają inne kultury i perspektywy" a USA "nikogo nie zamierzają pouczać".
"Jaka jest więc prawdziwa doktryna Obamy? Dopiero zobaczymy..." - kończy Stephen Hayes z "Weekly Standard".