Zawiadomienie o szantażu złożył w listopadzie sam Piesiewicz, scenarzysta filmów Krzysztofa Kieślowskiego, obrońca opozycjonistów w czasach PRL. Prokuratura zatrzymała 18 listopada osoby wskazane przez Piesiewicza. Szantażowała go dawna przyjaciółka, która wraz z koleżankami sfilmowała go w sytuacjach intymnych. Na jednym z filmów widać, jak polityk wciąga nosem biały proszek.
Z ofertą sprzedaży filmu za 400 tys. zł szantażystka zwróciła się najpierw do Piesiewicza, a potem do Polsatu i "Rzeczpospolitej". Ostatecznie opublikował go w piątek "Super Express". Senator potwierdził, że to on jest na zdjęciach i że padł ofiara prowokacji. Zapewnił, że biały proszek to nie kokaina (jak twierdzi kobieta, która zrobiła nagranie), lecz lekarstwo. Przyznał, że zdarzało mu się podczas pobytów za granicą zażywać kokainę.
Warszawska prokuratura okręgowa wystąpiła też do Senatu o uchylenie immunitetu Piesiewiczowi, bo chce mu postawić zarzuty "w związku z ustawą o przeciwdziałaniu narkomanii". Piesiewicz dobrowolnie zrzekł się immunitetu "bo chce złożyć wyjaśnienia".
W senackim klubie PO informacje te przyjęto ze smutkiem. - To legendarna i bardzo zasłużona dla Polski postać. Nigdy nie dał powodów do jakichkolwiek podejrzeń, że zażywa narkotyki. Tłumaczył nam, że dosypano mu czegoś do napoju i nie był świadomy, co się dzieje. Chcę wierzyć, że padł ofiarą prowokacji i całym sercem życzę mu, żeby sprawę wyjaśniono, a jego dobre imię zostało obronione - mówi "Gazecie" Łukasz Abgarowicz, wiceprzewodniczący klubu.
Źródło: Gazeta Wyborcza