http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Ubrania trzeba gnieść

Joanna Sokolińska
2009-12-15, ostatnia aktualizacja 2009-12-10 17:45

Żaglowiec 'Fryderyk Chopin', na którym spędziła osiem miesięcy, gotując dla 54 uczestników Szkoły pod Żaglami. Wtedy poznała swego obecnego męża.
Żaglowiec 'Fryderyk Chopin', na którym spędziła osiem miesięcy, gotując dla 54 uczestników Szkoły pod Żaglami. Wtedy poznała swego obecnego męża.
Fot. Dariusz Gorajski

Klientów pytam: mam być szczera czy uprzejma? Jestem zadaniowa - odtąd, dotąd, załatwiam i biorę pieniądze. Moja stawka - konsultacja 500 zł. Jeśli cię na to stać, możesz mnie wynająć

Anna Baranowska przygotowała w tym roku ślub i przyjęcie weselne Edyty i Cezarego Pazurów. Tematem przyjęcia 
był Kwitnący Sad. 
Wykonano m.in. cztery trzymetrowe drzewa przybrane świeżymi białymi storczykami
Fot. East News
Anna Baranowska przygotowała w tym roku ślub i przyjęcie weselne Edyty i...
<b>Anna Baranowska</b> 
kiedyś uczyła dzieci plastyki 
w domu kultury w Ustce, 
dziś doradza 
politykom i celebrytom 
w kwestii wizerunku 
i organizuje ich wesela
Fot. Jan Zamoyski
Anna Baranowska kiedyś uczyła dzieci plastyki w domu kultury w Ustce...
ZOBACZ TAKŻE
- Możemy powiedzieć sobie: na razie wydajemy 5 tys zł. To już jest dobra podstawowa szafa.

- Podstawowa?

- Parę dobrych spodni, kilka koszul, dobre buty, mała czarna, dwie--trzy spódnice... Dobra suknia wieczorowa kosztuje powyżej 2 tys.

-Dobra, czyli jaka?

- Taka, w której będzie pani wyglądała jak milion dolarów. Niektórym stałym klientom kupuję sama, to dla nich oszczędność czasu. Z innymi idziemy na zakupy razem i ja tylko doradzam. Możemy umówić się na stałą opłatę albo na procent od wydanej kwoty. Jestem człowiekiem do wynajęcia, jestem shopperem.




Do Warszawy przyjechałam z rodzinnej Ustki, w której w domu kultury uczyłam małe 3-4-5-letnie dzieci podstaw plastyki. Byłam mamą samotnie wychowującą córkę. Tamara miała trzy lata, ciągnęłam dwa etaty, żeby nas utrzymać, miałam opiekunkę, no i rodzice pomagali mi, jak mogli. Jednak nie byli zadowoleni, że wychowuję córkę sama. Uważali, że powinnam była walczyć, ugiąć się, ukorzyć, dostosować i jakoś swoje małżeństwo skleić. Byli niezadowoleni, że wyszło, jak wyszło, więc chciałam im pokazać, że sobie poradzę, i jak najmniej korzystałam z ich pomocy. Ale któregoś dnia mama powiedziała: 'Może byś odpoczęła? Znajomy prowadzi rejs na Karaiby, pilnie szukają chief cooka. Na rok. Płyniesz?'



To było niewyobrażalne, ale pojechałam na spotkanie z armatorem. Ojciec był żeglarzem, przygotował mnie: co mam mówić, jak się zachowywać, jak ubrać. Generalnie chodziło o to, żebym nie wyglądała jak pańcia z prowincji i żebym nie przyznawała się, że nigdy nie gotowałam na morzu - bo to zupełnie co innego niż w domu. Inne są ilości - w domu rzadko gotujemy dla 50 osób - inne zapotrzebowanie energetyczne. Przedtem nie żeglowałam. Tyle co w dzieciństwie z rodzicami. Armatorem był mój obecny teść Krzysztof Baranowski, a żaglowiec, na który zamusztrowałam, to był nowiutki 'Fryderyk Chopin'. Obejrzałam okręt z jednym z oficerów, porozmawiałam z Krzysztofem Baranowskim, który mnie w ogóle nie pytał o gotowanie, tylko o to, gdzie byłam, co widziałam, co chciałabym zobaczyć. To było mądre - wyczuł, że jeśli zacznie pytać o kuchnię, to się przestraszę. A znalezienie kogoś na emergency - chief cook nawalił im dwa tygodnie przed rejsem - było bardzo trudne. Pomyślałam: Karaiby, zobaczę je za darmo, mało tego - zapłacą mi, i to w dewizach... OK, jadę.



Wypłynęliśmy po sześciu tygodniach, a była to Szkoła pod Żaglami. Wtedy było to już zupełnie coś innego niż wówczas, gdy mój teść tworzył tę ideę. W naszym rejsie za Szkołę trzeba było słono płacić. Dzieciaki z I-II klas liceum przywozili tatusiowie lub szoferzy, wysadzali przy kei - a teraz, synuś, będziesz uczył się życia. I nic dziwnego, że synuś przez cały rejs był wściekły. Że nie będzie gier i gosposi, tylko musztra. Jak masz wachtę, to choćbyś leżał zarzygany w koi, musisz wstać i wykonać bez szemrania to, co należy do twoich obowiązków. A to był przełom października i listopada, wtedy buja tak, że nawet zawodowcy nie potrafią zapanować na żołądkiem. Gdy mój przyszły mąż, który był na 'Chopinie' III oficerem (w 'cywilu' lekarz weterynarii), zobaczył mnie, to tylko zapytał: - Ona ma na tym rejsie gotować? Teść odpowiedział: - Tak. - Czyli ja będę gotował, bo ona będzie zielona leżeć w koi. I na początku tak właśnie było.



- Te buty to słaba kopia Dolce i Gabbana. D&G kosztują nawet 1600 dol., a te - 169 zł. Są źle wyprofilowane, mają plastikową wyściółkę, chodzić się w nich nie da. Ale dla dziewczyny, która chce iść do dyskoteki, wyglądać modnie i wystarczą jej buty na raz, to jest dobre wyjście. Ale niech pani spojrzy na tę marynarkę - bardzo przyzwoicie obszyta, dobrze skrojona, ma odpowiednią długość rękawa, trzyma proporcje - co oznacza, że model był dobrze wymyślony i skrojony. A najważniejszy jest krój. Ale nie kupiłabym tego, bo już w samochodzie marynarka byłaby pognieciona. Koniecznie trzeba gnieść ubranie - to pozwala ocenić jakość materiału. U nas wciąż pokutuje myślenie: 'Jest metka, jest sylwetka'. A to nie tak. Wielcy projektanci mają świetnych krojczych, suknia na wielkie wyjście będzie doskonała, ale casual szyją jak wszyscy - w Chinach. Metka nie gwarantuje już jakości.

- Czyli lepiej kupić firmową, drogą małą czarną, a T-shirt można taniej?

- Jeśli kupować coś drogiego, to klasykę. Chcesz coś modnego? Proszę bardzo. W zależności od zasobności portfela kupisz albo Valentino, Versace, albo Zarę. Za niewielkie pieniądze można znaleźć modny ciuch w sieci sklepów kopiujących topowe wzory. Nie przetrwa do następnego roku, ale rzeczy modne i tak są modne jeden sezon.




Po dziesięciu dniach koledzy żeglarze napoili mnie herbatą pół na pół z rumem i to pozwoliło mi przetrwać. Błędnik zaczął się przyzwyczajać do anormalnej sytuacji. Zaczęłam wykonywać swoje obowiązki i powoli przyzwyczajałam ich do nowej kuchni. 'Ich', czyli 16 osób załogi i 38 licealistów. Byłam wychowana na świetnej kuchni mojej mamy i babci, w rejs popłynęłam zaopatrzona w literaturę kulinarną w 16 tomach, które znajomy pilot wycieczek zagranicznych przywoził z różnych egzotycznych miejsc. Ekstrawaganckie przepisy i przyprawy, o których nikt w Polsce lat 80. nie słyszał. Uczyłam więc załogę, że można jeść inaczej - zamiast ciężkiego polskiego obiadu, lekki lunch z owoców morza, ananasa nie tylko na słodko, ale także z grilla do mięsa. Oczywiście pewne przyzwyczajenia na morzu są święte - w niedzielę na obiad muszą być orzełki. Kurczaki. Na morzu nie liczy się kalendarz ani zegar, godziny odmierza się wachtami, a dni - orzełkiem, który jest w niedzielę. I najlepiej, gdyby miał cztery udka, bo każdy marzył właśnie o tej części.



Czasem trzeba było szybko zmienić plan kolacji, bo pojawiał się ktoś ze świeżo złowioną rybą. Dzięki temu ja też się uczyłam. Kapitan Ziemowit Barański nauczył mnie robić świetnego tatara z tuńczyka. Do tej pory go robię, jeśli mam okazję.

Wigilia była trudna. Rozmowa przez telefon z córką rozwaliła mnie na tyle, że następnego dnia byłam w biurze podróży i kupowałam bilet Air France. Zresztą wyjeżdżając, miałam taki plan, że wrócę wcześniej, ale wtedy nie kupiłam w końcu biletu, poczucie obowiązku mi nie pozwoliło. Bo co ci ludzie zrobiliby bez kucharza? Tamara była z moimi rodzicami, myślałam, że takie małe dziecko nie czuje upływu czasu - trzy miesiące czy pół roku. Teraz bym tego nie zrobiła, ale teraz nie mam 25 lat, tylko 41. Ostatecznie z rejsu wróciłam po ośmiu miesiącach, kiedy znaleźli kogoś, kto przyleciał, żeby mnie zastąpić. A w domu? Zobaczyłam niezwykle dużą, w moim mniemaniu, osóbkę. Bardzo się przez te miesiące wyciągnęła i więcej w niej było mojej mamy niż mnie - miała jej powiedzenia i gesty. Powiedziałam sobie: Matko Boska, wyprowadzamy się stąd, moje dziecko, nie mogę mieć was dwóch takich samych.

Źródło: Wysokie Obcasy
  • 63 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    21 głosów