By dojechać z Hongkongu do Chin, wystarczy kupić bilet na metro. Zaledwie 45 minut później jest się już na ostatniej stacji - Lo Wu, najbardziej ruchliwym przejściu granicznym świata oddzielającym byłą brytyjską kolonię Hongkong i specjalną strefę ekonomiczną Shenzen. Choć oba regiony znajdują się w granicach jednego państwa, ich mieszkańcy mają odmienne prawo, walutę i paszporty.
Ludzka rzeka płynąca po peronach i schodach nawet na chwilę nie pozwala się zatrzymać. W biegu chwyta się formularz wjazdowy po chińsku albo po angielsku. Dziennie przez Lo Wu przepływa ćwierć miliona ludzi, w chiński Nowy Rok prawie dwa razy tyle. Za każdym razem, gdy przyjeżdża metro, otwierają się naraz 152 okienka kontroli paszportowej.
- Zasada jest jedna: ruch ludzi musi być płynny jak woda - mówi mi Chan Man-ho, oficer straży kolejowej z Hongkongu. Rzeka podróżnych to głównie obładowani torbami, plecakami i walizkami handlarze, turyści czy nauczyciele angielskiego. Tych ostatnich jest mnóstwo, bo
Chiny to dziś największy rynek dla tego języka na świecie. W żółtych mundurkach szkolnych wysypują się z wagonów także dzieci, które wracają ze szkoły. Rodzice, obywatele Hongkongu, mieszkają po tańszej stronie chińskiej, ale wysyłają dzieci do szkół w Hongkongu, bo ich poziom jest wyższy.
Przejście wbudowane jest w pięciopiętrową galerię handlową. W Lo Wu Commercial City oferują ci wszystko - od podróbek torebek Louisa Vuittona za grosze po tanie wybielanie zębów. Przewodniki ostrzegają, by na to ostatnie nie dać się nabrać, bo wybielanie wykonuje się bez znieczulenia. Gdy się o nie poprosi, nie będzie już tak tanie.
Po chwili jest się już w specjalnej strefie ekonomicznej Shenzen - mieście-klonie Hongkongu, które jeszcze 30 lat temu było ubogą wioską rybacką wśród ryżowisk. Historia zawrotnego rozwoju gospodarczego Shenzen zaczęła się w 1980 r., gdy przywódca komunistycznych Chin Deng Xiaoping otworzył kraj na świat i ostrożnie zaczął eksperymentować z kapitalizmem. Pragmatyczny Deng postanowił go najpierw wypróbować na małą skalę, do czego służyły specjalne strefy ekonomiczne takie jak Shenzen. Dziś miasto liczy 10 mln mieszkańców, tryska energią i bije Hongkong pod względem liczby drapaczy chmur. Pod miastem tysiące fabryk produkują tanie towary "made in China", które odpływają w świat z czwartego pod względem załadowanych kontenerów portu na naszym globie.
Maszerując szybko przez oszklony łącznik między stacją metra a kontrolą paszportów, można rzucić okiem na starą granicę, tę z czasów zimnej wojny. Nie rozebrano jej, zostały zwoje drutów kolczastych i resztki starego mostu kolejowego. Z góry widać rzekę Shenzen, która rozgraniczała należący do 1997 r. do Wielkiej Brytanii Hongkong od komunistycznych Chin.
Teraz obie strony granicy - choć Hongkong ma zagwarantowaną specjalną autonomię do 2047 r. - zrastają się, co najlepiej widać w Lo Wu. Obywatele Hongkongu nie muszą nawet mieć paszportów - wystarczy włożyć elektroniczny dowód osobisty do jednego ze 112 czytników i przyłożyć do identyfikacji kciuk. Cała procedura zajmuje pięć sekund.
W Shenzen wyrosły jak grzyby po deszczu restauracje i salony masażu. Ceny - o 75 proc. niższe niż w Hongkongu. Tak samo jest z towarami w sklepach i mieszkaniami, które kupują obywatele Hongkongu.
W Shenzen interesy robi zresztą cały świat. Mieszka tu choćby przyrodni brat prezydenta
USA Baracka Obamy. Obaj spotkali się niedawno w trakcie pierwszej wizyty Obamy w Chinach. Mark Obama Ndesandjo, fizyk po Uniwersytecie Stanforda, stracił pracę w Ameryce i postanowił spróbować szczęścia w Państwie Środka. Prowadzi firmę internetową, mówi już po chińsku. W wolnym czasie uczy angielskiego w sierocińcu. Poznał tam jedną z wychowanek i się z nią ożenił. W Shenzen są już całe osiedla cudzoziemców, których przyciąga chiński boom gospodarczy.
Hongkong pod ten boom chce się szybko podczepić i rozbudowuje komunikację z Chinami. Z Shenzen łączą go już nie tylko metro i linie autobusowe, ale też promy oraz połączenia samolotem i helikopterem. Na początku 2010 r. rozpocznie się budowa gigantycznego mostu o długości blisko 30 km oraz liczącego prawie 7 km tunelu, które połączą Hongkong z byłą portugalską kolonią Makau, dziś drugim specjalnym regionem administracyjnym Chin, oraz miastem Zhuhai.
Hongkong i Shenzen już myślą o roku 2047, gdy wygaśnie specjalny status byłej brytyjskiej kolonii. Są pomysły połączenia miast i stworzenia aglomeracji, która przebije bogactwem Tokio i Nowy Jork. Łatwo będzie złączyć choćby oba metra, bo Shenzen również ma swoje, wcale nie gorsze niż to w Hongkongu. Jego ostatnia stacja to Luo Hu, tuż po drugiej stronie Lo Wu.
A co z systemem politycznym? Po Brytyjczykach Hongkong ma służbę cywilną, niezależne sądy i wolne media. W Shenzen rządzi partia komunistyczna, a w Chinach nie szykują się reformy polityczne. Jak więc będzie wyglądała integracja? Na to pytanie nikt jeszcze nie zna odpowiedzi.