http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Obama na celowniku zamachowców

Marcin Bosacki, Waszyngton
2009-12-08, ostatnia aktualizacja 2010-08-11 23:18

Barack Obama (w środku) w otoczeniu agentów Secret Service zmierza na sierpniowe, prywatne spotkanie z rodziną Kennedych w Bostonie
Barack Obama (w środku) w otoczeniu agentów Secret Service zmierza na sierpniowe, prywatne spotkanie z rodziną Kennedych w Bostonie
Fot. Alex Brandon AP

Amerykańskie służby specjalne udaremniły do tej pory co najmniej pięć prób zamachu na Baracka Obamę. Mimo to Amerykanie mają coraz większe wątpliwości, czy ich prezydent jest dobrze chroniony

Dwa tygodnie temu prezydent Obama wydawał pierwszy w swej kadencji uroczysty obiad na cześć głowy obcego państwa - premiera Indii. Wśród 200 gości znalazła się para Michaele i Tareq Salahi - jak się okazało, niezaproszona. Państwo Salahi po prostu przeszli przez bramki ochrony Białego Domu, bo byli odpowiednio dobrze ubrani - agenci Secret Service, tajnej służby zajmującej się ochroną prezydenta i innych wysokich urzędników w USA, przepuścili ich, nie sprawdzając, czy Salahi są na liście gości.

Sprawa wydała się następnego dnia, gdy Salahi umieścili zdjęcia z Obamą i wiceprezydentem Joe Bidenem w Facebooku. Kilka dni później skruszony szef Secret Service Mark Sullivan podczas przesłuchania w Kongresie niechętnie przyznał, że jego podwładni o karygodnym zaniedbaniu dowiedzieli się z internetu.

Salahi nie chcieli nic zrobić prezydentowi, na przyjęcie w Białym Domu wtargnęli tylko dla sławy. Są gwiazdeczkami z waszyngtońskiego światka celebrytów czy raczej - przed udanym szturmem na Biały Dom - dopiero do niego aspirowali. Ostatnio Tareq musiał oddać zegarek Patek Philippe, by uregulować długi wobec ogrodnika. Para nie jest też w stanie zapłacić ponad 10 tys. dol. za alkohol na niedawnym turnieju polo pod Waszyngtonem, gdzie była sponsorem.

Secret Service nie bez racji tłumaczyła, że Salahi - tak jak wszyscy - przeszli przez bramki wykrywające broń i środki wybuchowe, więc nic złego zrobić nie mogli. Sam Obama zapewnił, że ma absolutne zaufanie do swej ochrony. Jednocześnie jednak Secret Service wyrzuciła trzech agentów, a Ameryka zaczęła pytać, czy jej prezydent rzeczywiście jest dobrze chroniony.

Zwłaszcza ten prezydent. Obama z racji koloru skóry otrzymał najwięcej pogróżek ze wszystkich dotychczasowych prezydentów USA.

W styczniu 2008 r. w New Hampshire, gdy Obama dopiero toczył morderczą walkę z Hillary Clinton o nominację Demokratów na prezydenta, zszokowana dziennikarka jednej z największych gazet w USA opowiadała kilku kolegom, w tym mnie, o rozmowie z członkiem sztabu przyszłego prezydenta odpowiedzialnym za kontakty z Secret Service. Obama dostawał wówczas kilkanaście gróźb dziennie.

Secret Service oddelegowała wtedy do ochrony Obamy trzy razy więcej agentów, niż zazwyczaj przysługuje kandydatom na prezydenta. Obama dostał ochroniarzy już wiosną 2007 r., gdy tylko ogłosił chęć startu w wyborach. Zazwyczaj służby zajmują się politykami dopiero wtedy, gdy ci zwyciężą w prawyborach swej partii (wówczas, rok po Obamie, ochronę dostał republikanin John McCain).

- Oni wszyscy są w ciężkim strachu, że jakiś wariat strzeli do Obamy - mówiła nam dziennikarka po rozmowie z członkiem sztabu. - Ale zakazali mi o tym pisać, by nie stwarzać wrażenia, że Obama jako Murzyn jest w USA niewybieralny.

Pierwszy raz informacje o spisku na życie Obamy ujrzały światło dzienne w sierpniu 2008 r., podczas konwencji Demokratów w Denver. Plany zamachu w końcu uznano za niepoważne, ale 80 tys. ludzi, którzy przyszli na stadion, by fetować nominację Obamy, czekało w dwugodzinnych kolejkach, a potem musiało przejść przez podwójne bramki do wykrywania metali.

Drugi spisek, jesienią 2008 r., Secret Service uznała za poważniejszy. Co prawda skini z Tennessee i Arkansas, którzy chcieli zabić Obamę, byli nastolatkami, ale na poważnie ćwiczyli strzelanie z karabinków snajperskich.

Jak napisał dwa dni temu "New York Times", najwięcej gróźb i konkretnych spisków wykryto od dnia zwycięstwa wyborczego Obamy w listopadzie 2008 r. do inauguracji prezydentury w styczniu 2009 r. oraz w pierwszych jej miesiącach. Za najpoważniejszą próbę zamachu uważa się plan kaprala piechoty morskiej Kody'ego Brittinghama, 20-latka z koszar w Karolinie Płn.

Brittingham wpadł przypadkiem w grudniu 2008 r., gdy z dwójką kolegów z wojska okradał sklep. Dopiero potem okazało się, że zaprzysiągł zabić Obamę. Tłumaczył, że jako żołnierz przysięgał "bronić USA przed wrogami zewnętrznymi i wewnętrznymi", a do tych drugich zaliczył właśnie przyszłego prezydenta. - My w marines walczymy z Osamą, powinniśmy też walczyć z Obamą - mówił.

W więzieniu siedzi też John Brek, ochroniarz z lotniska Newark pod Nowym Jorkiem, którego zatrzymano dzień przed wizytą Obamy, bo opowiadał kolegom, jak zastrzeli prezydenta przez dziurę w płocie lotniska. W jego domu znaleziono 43 karabiny. Z kolei Joshuę Bowmana policja zatrzymała pod Kongresem USA w momencie, gdy we wrześniu Obama mówił tam o swych planach reformy służby zdrowia. W samochodzie miał karabin, pistolet i 500 sztuk amunicji.

Część aresztowanych w ostatnim roku to ewidentnie ludzie chorzy umysłowo - jak były 22-letni pacjent szpitala psychiatrycznego Raymond Geisel, który deklarował, że "zrobi dziurkę w głowie" i Obamie, i - wcześniej - George'owi Bushowi. Kłopot w tym, że i u niego znaleziono cały arsenał karabinów, noży i maczet.

Przedstawiciele Secret Service powiedzieli "Timesowi", że w ostatnich kilku miesiącach liczba pogróżek wobec Obamy "spadła do normalnego poziomu". Ale w czasie, gdy rząd USA tnie wydatki, Secret Service dostała setki milionów dolarów więcej m.in. na śledzenie gróźb w internecie. Jednak, jak mówi rzecznik służby, "nie możemy już wzmocnić ochrony prezydenta, bo cały czas jest ona na najwyższym możliwym poziomie". Po sprawie Salahi media w USA pytają jednak, czy to wystarczy.

"Washington Post" ujawnił wczoraj raport Secret Service, według którego między 1980 a 2003 r. intruzom udało się przedrzeć w bezpośrednie otoczenie chronionych przez jej agentów dygnitarzy 91 razy.

To niby niedużo, bo w samym ubiegłym roku służba chroniła ponad 250 osób. Alarmujące jest jednak to, że raz na jakiś czas intruzi dostają się w bezpośrednie otoczenie prezydenta. W 1981 r. skończyło się to ciężkim postrzeleniem Ronalda Reagana.

Inne przypadki są mniej poważne, czasem wręcz humorystyczne. W 1998 r. do Białego Domu weszła Mary D'Aiuto, która powiedziała ochronie, że jest kochanką Billa Clintona. Rekordzistą jest Richard Weaver, pastor z Kalifornii, któremu udało się wejść na modlitwy, kolacje lub uroczystości zaprzysiężenia trzech prezydentów: obu Bushów i Clintona. - Wierzę, że Bóg uczynił mnie niewidzialnym dla ochrony - mówił Weaver po aresztowaniu w 2003 r., gdy po raz drugi uścisnął rękę George'owi Bushowi.

I agenci Secret Service, i media, i Amerykanie boją się, że pewnego dnia znów jakiemuś ekstremiście lub wariatowi z bronią uda się zbliżyć do prezydenta, tak jak Johnowi Wilkesowi Boothowi do Abrahama Lincolna w XIX w. Jak mówią specjaliści, Salahi nadszarpnęli jedno z najlepszych narzędzi ochrony przed kolejnymi próbami zamachu, czyli aurę niedostępności otaczającą prezydenta i Biały Dom.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 11 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    34 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':