Stolica Danii przypomina miasto w stanie oblężenia. Sześć tysięcy policjantów, czyli połowa duńskiej policji, bariery i drut kolczasty przed centrum konferencyjnym Bella Center, strach przed demonstracjami radykalnych ekologów, hotele zapełnione prawie 30 tys. gośćmi.
Zobacz także: apel gazet z całego świata na szczyt w Kopenhadze W trwającej do 18 grudnia konferencji udział wezmą 192 delegacje państw i przedstawiciele setek organizacji pozarządowych. W ostatnich dniach obrad przyjedzie też ponad setka przywódców z prezydentem
USA Barackiem Obamą na czele.
Szczyt miał doprowadzić do przyjęcia międzynarodowego traktatu w sprawie redukcji emisji gazów cieplarnianych w kolejnych dekadach.
Dziś wiadomo, że nie ma na to szans - zbyt wiele dzieli państwa bogate, rozwijające się i te najbiedniejsze. Oczekiwania są więc znacznie skromniejsze - szczyt zakończy się przyjęciem deklaracji politycznej opisującej główne założenia nowej umowy. Sam traktat byłby spisany i przyjęty w następnych miesiącach. Czasu jeszcze trochę jest, bo dotychczasowe porozumienie - protokół z Kioto - wygasa w 2012 r.
270 miliardów euro
- tyle rocznie chcą dostawać od Zachodu biedne kraje za podpisanie nowego porozumienia
Ustalić trzeba dwie najważniejsze rzeczy. Po pierwsze, o ile świat musi zredukować emisję CO2 w 2020 i 2050 r. Zdaniem większości naukowców - odpowiednio o 30 i 50 proc. w porównaniu z poziomem z początku lat 90. Tylko w ten sposób powstrzymamy atmosferę Ziemi przed ogrzaniem się o więcej niż 2 stopnie Celsjusza.
W przeciwnym razie naszą planetę czekają jednocześnie katastrofalne susze i powodzie, a także wielkie migracje ludności i wymarcie wielu gatunków zwierząt i roślin. Poziom oceanów i mórz podnosi się od 1961 r. A od 1991 r. w przyspieszonym tempie - o ponad 3 mm rocznie. Same tylko lodowce Grenlandii straciły 1,5 bln ton lodu od 2000 r. - przypominają naukowcy.
Nie ma jednak zgody co do tego, jak rozłożyć ciężar redukcji emisji między poszczególne kraje. Zmniejszenie emisji CO2 wywoła wzrost kosztów energetyki i kluczowych gałęzi przemysłu. Dlatego spośród światowych potęg dziś tylko UE i
Japonia deklarują, że będą w stanie emitować o 30 proc. mniej dwutlenku węgla do 2020 r.
I druga kwestia, która stanie w Kopenhadze - kto i jak ma finansować pomoc dla najbiedniejszych krajów.
Grupa 77 ubogich państw, której przewodzą Chiny, chce, by Zachód płacił im 270 mld euro rocznie.
Unia Europejska obstaje przy 150 mld, i to dopiero około roku 2020. W latach 2010-12 gotowa jest dać tylko 8 mld euro. Grupa 77 państw żąda od bogatych - UE, USA i Japonii - by obcięły swoje emisje aż o 40 proc. w ciągu 11 lat. W tym czasie kraje ubogie nałożą sobie skromne ograniczenia (lub w ogóle), bo - tłumaczą - muszą wyciągać społeczeństwa z biedy.
Ameryka - państwo najbogatsze i drugi po Chinach emitent CO2 - do tej pory nie chciała płacić w ogóle. A UE i Japonia na pewno nie zechcą dźwigać ciężaru same. Prezydent Obama obieca w Kopenhadze redukcję emisji (raptem o 4 proc. w porównaniu z latami 90.), ale nie zdoła w tym roku przepchnąć przez Kongres pakietu ustaw ograniczających emisję CO2. Nie wiadomo też, czy będzie w stanie obiecać pieniądze dla biednych krajów.
Jeśli USA nie wyłożą pieniędzy, na nic zdadzą się apele największych autorytetów świata. Także
papieża, który wczoraj mówił: - Ochrona dzieła stworzenia wymaga przyjęcia wstrzemięźliwego i odpowiedzialnego stylu życia, zwłaszcza wobec biednych i wobec przyszłych pokoleń.