http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gogol Bordello. Nowojorski wschód nad Wisłą

Robert Sankowski
2009-12-05, ostatnia aktualizacja 2009-12-05 14:26

Charyzma i cygański punk, czyli dwa koncerty w Polsce. Rozmowa z Eugenem Hützem, liderem zespołu

Występ Gogol Bordello na 29. Przeglądzie Piosenki Aktorskiej. Wrocław, 5 kwietnia 2008
Fot. Łukasz Giza
Występ Gogol Bordello na 29. Przeglądzie Piosenki Aktorskiej. Wrocław, 5...
Przeprowadziłeś się właśnie do Rio de Janeiro...

- Bo Nowy Jork stał się dla mnie zbyt oczywisty, przewidywalny i zinstytucjonalizowany. Tu jest galeria, tam sala koncertowa, tu możesz zagrać, tam na pewno nigdy ci nie pozwolą. To nie dla mnie. Wciąż uwielbiam to miasto, ale to Rio z jego urokami i zagrożeniami sprawia, że życie nabiera uroku. To nie zaczęło się wczoraj. Byłem zafascynowany brazylijską muzyką, grałem z Brazylijczykami. Pewnego razu mój przyjaciel Manu Chao zaproponował, że przy okazji obwiezie mnie po tym kraju. Wpadłem więc na karnawał dwa lata temu. Pojechaliśmy w parę fajnych miejsc. Postanowiłem tam zostać.

To twoja kolejna wielka przeprowadzka. Gdzie jest właściwie twój dom?

- Nowy Jork jest moim biurem, Rio moim ogrodem, a Europa - kuchnią. A mój dom jest tam, gdzie akurat jestem. Ukraina też była moim domem.

Podobno przez chwilę mieszkałeś także w Polsce.

- Owszem, zwialiśmy z radzieckiej Ukrainy przez Polskę. Mieszkaliśmy w Krakowie, później w Warszawie. W sumie trwało to jakieś trzy miesiące. Potem trafiliśmy na Węgry, stamtąd do obozu dla uchodźców w Austrii, wreszcie do Rzymu. To były czasy...

Koniec lat 80. Jak wam się wtedy udało wyjechać z ZSRR?

- Wciąż nie mogę tego opowiedzieć ze szczegółami, bo było z tym związanych parę przekrętów. Walił się mur berliński, w Rumunii rozstrzelano Ceausescu, później doszedł do tego rozpad ZSRR. A mnie - ponieważ wtedy nieustannie przenosiliśmy się z miejsca na miejsce - wszystko to ominęło. Żyliśmy skromnie, nie mogliśmy pozwolić sobie na telewizor, w którym obejrzałbym newsy. Więc gdy w końcu dotarliśmy do Włoch - pierwszego miejsca, w którym jakoś się urządziliśmy - i wreszcie trafił się jakiś telewizor, okazało się, że ten świat, który wciąż jeszcze jakoś się trzymał, gdy opuszczaliśmy Ukrainę, już nie istnieje.

Dlaczego na światowy sukces Gogol Bordello czekał prawie dekadę?

- Zawsze byliśmy doceniani. Tyle że była to popularność ograniczona do konkretnych miejsc i ludzi. Na początku byliśmy kojarzeni ze światem sztuki, nie rozrywki. Graliśmy w galeriach, na otwarciach wystaw. W Londynie wystąpiliśmy w Tate Modern, zapraszano nas na biennale w Wenecji. Przetrwaliśmy dzięki grantom od fundacji zajmujących się sztuką. W końcu miałem tego dość, postanowiłem udowodnić, że jesteśmy pełnowymiarową kapelą rock'n'rollową, a nie nudziarzami z "projektem". Wsiedliśmy do furgonetki i graliśmy tyle koncertów, ile wlezie, bo tylko tak można zbudować sobie grupę wiernych fanów. Graliśmy w undergroundowych klubach dla kilkudziesięciu osób czy - później - na festiwalach. Mieliśmy dobrą prasę wśród krytyków, za to kłopoty miała z nami branża. Nikt nie wiedział, jak nas sprzedać, jak ulokować na rynku. No i scena niezależna. Ci nas po prostu nienawidzili. Co nawet było dość zabawne - okazało się, że ludzie, którzy uważają się za otwartych na alternatywę, są bandą zamkniętych w swoim światku dupków. Ale ostatecznie postawiliśmy na swoim. I to na naszych zasadach. Dziś wszyscy chcą z nami współpracować.

Może to kwestia mody? Modna od paru sezonów jest muzyka Romów, brzmienia bałkańskie i wschodnioeuropejskie, może i wy na tym skorzystaliście?

- Nie mamy nic wspólnego z modami. Jeśli już, to tyle, że to my się do niej przyczyniliśmy. To, jak dziś na Zachodzie postrzega się Europę Wschodnią, to tylko nędzny cień tego, jak zareagowano na nas, gdy pojawiliśmy się w Nowym Jorku...

Czyli?

- Przede wszystkim Gogol Bordello nie jest stereotypowy. To zespół multikulturowy, gramy dźwięki, które mają źródła w różnych, czasem wykluczających się tradycjach, nie zrzynamy z nikogo.

Ale nie powiesz, że twój image nie jest grą ze stereotypowym wyobrażeniem, wedle którego wschodnia Europa to nieokreślona kraina gdzieś między Niemcami i Rosją zamieszkana przez wąsatych Cyganów i pełna zagubionych w górach zamków z potomkami Drakuli.

- Nie wątpię, że takie stereotypy istnieją. Ale my ich nie utrwalamy. Nie wyskakujemy na scenę, wymachując sierpem i młotem, nie pozuję do zdjęć z butelką wódki. Gdy zaczynaliśmy grać, ludzie nie mieli pojęcia, skąd jesteśmy. Dopiero gdy odnieśliśmy sukces, ludzie ze dawnych demoludów zaczęli uważać nas za swój zespół. Ja jednak tak tego nie widzę. Gramy muzykę na równi ukraińską, co nowojorską czy afrykańską.

Nie lubisz być pytany o nagłą popularność, którą przyniósł ci występ z Madonną na Live Earth dwa lata temu.

- Bo nie ma o czym mówić! Nie ma żadnej popularności. Cały ten kodeks zachowań gwiazd i celebrytów to jakaś bzdura. Nie potrafiłbym tak funkcjonować. Dla mnie wartością jest chęć ludzi, abym zagrał dla nich znowu. Jeśli po koncercie setka fanów chciałaby wpaść do mnie na imprezę, przyjąłbym wszystkich.

Zagrałeś niedawno w filmie Madonny "Mądrość i seks". Parę lat temu we "Wszystko jest iluminacją". Dostajesz więcej filmowych propozycji?

- Owszem. I pewnie się skuszę. Ale wolę muzykę, bo tu mam pełną kontrolę. Nawet jeśli moje płyty przestaną się sprzedawać, mogę wyjść z gitarą na ulicę i znajdę swoją publiczność. A kino to bardziej złożony mechanizm. Tam nie ma kontroli nad niczym. Możesz grać u najsłynniejszego reżysera, a i tak projekt może posypać się w pięć minut i nikt więcej o nim nie usłyszy, bo np. wycofa się jakiś producent. Ale jeśli tylko gwiazdy okażą się przychylne...

Źródło: Duży Format
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    15 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':