Nasz furgon gwałtownie hamuje przy odgłosie uderzeń drewnianej pałki o blachę maski. Wąsaty policjant szarpie drzwi i siada w szoferce obok mnie, tuż za przerażonym kierowcą.
Co tam ukrywacie?! Odsłaniać plandekę! - krzyczy.
- Wieziemy komputery - odpowiadam spokojnie.
- Gdzie ukradliście?!
Wali Khan siedzący przede mną wyjaśnia:
- Kupiliśmy. Tu są wszystkie rachunki.
Policjant przekazuje mi je z poleceniem: Czytaj!
Nie umie czytać!
- Te rachunki są sfałszowane. Dalej z kradzionym towarem nie pojedziecie. Zdeponujecie towar na komisariacie. Jesteście aresztowani.
Zawiesza głos: No, chyba że macie inną propozycję...
Rozmowa odbywa się w urdu, a policjant bierze mnie z początku za Pasztuna - z brodą, ubranego w salwar-kamiz, w białej czapeczce topi zakładanej zwyczajowo do modlitwy. Zawsze też siedzę na drugim siedzeniu za kierowcą i nie opuszczam samochodu. Jedziemy we czterech: kierowca Amdżad i jego zmiennik Habib z sąsiedniej doliny, Wali Khan - nauczyciel z plemienia Kalaszów, dla których wieziemy komputery i baterie słoneczne - oraz ja.
Podaję paszport policjantowi i wyjaśniam:
- To są moje komputery. Wiozę je w darze dla szkoły.
Policjant nie daje za wygraną: - Jakiej szkoły? A gdzie pozwolenie?
- Pozwolenie na co? - dopytuję.
- Żeby móc podarować te komputery! Na wszystko musi być pozwolenie. Nie ma? No to musicie zostawić komputery w komisariacie do czasu uzyskania pozwolenia... A pozwolenie kosztuje... Sami rozumiecie, prawda?
Wali Khan blefuje: - On pracuje w ambasadzie, jedziemy z oficjalną wizytą.
Ja zaś pytam policjanta o nazwisko. W końcu daje za wygraną i puszcza nas bez bakszyszu.
Ruszamy. Ale dwadzieścia parę kilometrów dalej - na trasie prowadzącej z Peszawaru przez dolinę Swat i Dir - sytuacja się powtórzy i będzie tak się powtarzać kilkanaście razy przez najbliższe dwa dni.
Nie uda nam się przejechać w jeden dzień, jak planowaliśmy.