- Byłem przekonany, że kiedy premier ze
studia telewizyjnego w Moskwie będzie rozmawiał z ludźmi w Pikałowie, zobaczę tam panią. Ale pani nie było. Dlaczego? - zapytałem Swietłanę Antropową, szefową związków zawodowych w Pikałowie. Wiosną stała ona na czele protestów załóg miejscowych fabryk i doprowadziła do tego, że Putin przyjechał do miasteczka, by osobiście rozwiązać problemy tamtejszych unieruchomionych zakładów.
- Ja też myślałam, że tam będę. Nawet, jak ustaliliśmy już kilka dni temu, miałam mu zadać pierwsze pytanie. Ale wyszło tak, że cały czas, kiedy premier rozmawiał z rodakami, siedziałam w karcerze - odpowiedziała Antropowa.
Jeszcze w poniedziałek dyrektor fabryki Bazelcement Anatolij Maslikow i korespondent telewizji Rossija Jewgienij Rożkow ustalili z Antropową, że to ona rozpocznie czterogodzinny dialog Rosjan z premierem - doroczny telewizyjny megamost, podczas którego Putin odpowiada na pytania obywateli. W czwartek przed transmisją przyszła do fabryki, skąd przedstawiciele załogi za pośrednictwem łączy telewizyjnych mieli rozmawiać z szefem rządu. I dowiedziała się, że do mikrofonu jej nie dopuszczą. Może sobie stać w tłumie przed kamerami, ale ma milczeć.
Antropową znają w Pikałowie, jest szanowanym tu przywódcą robotników. I ktoś z nich w czasie transmisji mógłby głośno zażądać, by prowadzący pozwolił jej mówić.
- Na godzinę przed transmisją zebraliśmy się w gabinecie dyrektora, by omówić ostatnie szczegóły. Kiedy narada się skończyła, podeszli do mnie ochroniarze ze służby bezpieczeństwa fabryki. Powiedzieli, że mam tu zostać, bo tak zdecydowano. Zamknęli się ze mną w gabinecie. Otworzyli okno, żebym z daleka mogła się przyglądać tym, którzy z placu fabrycznego rozmawiali z Putinem - opowiadała Antropowa.
Również w Czeromuszkach nad Jenisejem, gdzie w sierpniu w katastrofie w miejscowej Sajano-Szuszeńskiej Elektrowni Wodnej zginęło 75 członków załogi, selekcja rozmówców premiera była ostra. Nikołaj Żołoba, ojciec jednego z zabitych i założyciel organizacji członków rodzin ofiar katastrofy, został na kilka dni przed dialogiem Putina z narodem wysłany do sanatorium. Kiedy zrozumiał, że go wykiwano, wrócił do Czeromuszek, ale ochrona na czas transmisji nie wpuściła go do elektrowni.
Rozmowa premiera z narodem była reżyserowana starannie, ale nie doskonale. W czasie transmisji na ekranach telewizorów na pasku Rosjanie zobaczyli treść SMS-a przysłanego od człowieka, który podpisał się Woronin: "Putin powinien odejść raz na zawsze. Premier z niego żaden. Czy jest gotów to zrobić?".
Trudno powiedzieć, czy "Woronin" za to oberwie. Jasne jest jednak, że zmarnował być może życiową szansę. Krewni Niny Demidenko z Azowa pod Rostowem poskarżyli się w czasie transmisji, że ona, choć weteran II wojny światowej, nie dostała należnego jej
mieszkania. Putin zareagował szybciej od najszybszych sił szybkiego reagowania - 40 minut po zakończeniu rozmowy z narodem urzędnicy z Rostowa dali Demidenko mieszkanie.