http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Do karceru zamiast do Putina

Wacław Radziwinowicz, Moskwa
2009-12-05, ostatnia aktualizacja 2009-12-04 17:17

Zeszłoroczna konferencja Putina - ostatni raz w roli prezydenta
Zeszłoroczna konferencja Putina - ostatni raz w roli prezydenta
Fot. SERGEY PONOMAREV AP

Osób, które podczas czwartkowej telewizyjnej megarozmowy premiera Władimira Putina z narodem chciały zadać pytanie spoza listy ustalonej zawczasu, wszelkimi sposobami nie dopuszczano przed kamery.

Pani Nina stała się jedną z bohaterek piątkowych programów
Fot. Vesti.ru
Pani Nina stała się jedną z bohaterek piątkowych programów
- Byłem przekonany, że kiedy premier ze studia telewizyjnego w Moskwie będzie rozmawiał z ludźmi w Pikałowie, zobaczę tam panią. Ale pani nie było. Dlaczego? - zapytałem Swietłanę Antropową, szefową związków zawodowych w Pikałowie. Wiosną stała ona na czele protestów załóg miejscowych fabryk i doprowadziła do tego, że Putin przyjechał do miasteczka, by osobiście rozwiązać problemy tamtejszych unieruchomionych zakładów.

- Ja też myślałam, że tam będę. Nawet, jak ustaliliśmy już kilka dni temu, miałam mu zadać pierwsze pytanie. Ale wyszło tak, że cały czas, kiedy premier rozmawiał z rodakami, siedziałam w karcerze - odpowiedziała Antropowa.

Jeszcze w poniedziałek dyrektor fabryki Bazelcement Anatolij Maslikow i korespondent telewizji Rossija Jewgienij Rożkow ustalili z Antropową, że to ona rozpocznie czterogodzinny dialog Rosjan z premierem - doroczny telewizyjny megamost, podczas którego Putin odpowiada na pytania obywateli. W czwartek przed transmisją przyszła do fabryki, skąd przedstawiciele załogi za pośrednictwem łączy telewizyjnych mieli rozmawiać z szefem rządu. I dowiedziała się, że do mikrofonu jej nie dopuszczą. Może sobie stać w tłumie przed kamerami, ale ma milczeć.

Antropową znają w Pikałowie, jest szanowanym tu przywódcą robotników. I ktoś z nich w czasie transmisji mógłby głośno zażądać, by prowadzący pozwolił jej mówić.

- Na godzinę przed transmisją zebraliśmy się w gabinecie dyrektora, by omówić ostatnie szczegóły. Kiedy narada się skończyła, podeszli do mnie ochroniarze ze służby bezpieczeństwa fabryki. Powiedzieli, że mam tu zostać, bo tak zdecydowano. Zamknęli się ze mną w gabinecie. Otworzyli okno, żebym z daleka mogła się przyglądać tym, którzy z placu fabrycznego rozmawiali z Putinem - opowiadała Antropowa.

Również w Czeromuszkach nad Jenisejem, gdzie w sierpniu w katastrofie w miejscowej Sajano-Szuszeńskiej Elektrowni Wodnej zginęło 75 członków załogi, selekcja rozmówców premiera była ostra. Nikołaj Żołoba, ojciec jednego z zabitych i założyciel organizacji członków rodzin ofiar katastrofy, został na kilka dni przed dialogiem Putina z narodem wysłany do sanatorium. Kiedy zrozumiał, że go wykiwano, wrócił do Czeromuszek, ale ochrona na czas transmisji nie wpuściła go do elektrowni.

Rozmowa premiera z narodem była reżyserowana starannie, ale nie doskonale. W czasie transmisji na ekranach telewizorów na pasku Rosjanie zobaczyli treść SMS-a przysłanego od człowieka, który podpisał się Woronin: "Putin powinien odejść raz na zawsze. Premier z niego żaden. Czy jest gotów to zrobić?".

Trudno powiedzieć, czy "Woronin" za to oberwie. Jasne jest jednak, że zmarnował być może życiową szansę. Krewni Niny Demidenko z Azowa pod Rostowem poskarżyli się w czasie transmisji, że ona, choć weteran II wojny światowej, nie dostała należnego jej mieszkania. Putin zareagował szybciej od najszybszych sił szybkiego reagowania - 40 minut po zakończeniu rozmowy z narodem urzędnicy z Rostowa dali Demidenko mieszkanie.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 12 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    11 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':