http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Obama prosi o więcej, Europa się ociąga

Tomasz Bielecki, Bruksela
2009-12-04, ostatnia aktualizacja 2009-12-04 01:38

- Plan zwiększenia wojsk, który ogłosił Barack Obama, to ostateczny test dla NATO. To nie tylko wojna Ameryki! - ostrzega Richard Holbrooke, specjalny wysłannik Białego Domu do Pakistanu i Afganistanu

Waszyngton chce, aby europejscy sojusznicy NATO wkrótce wysłali do Afganistanu dodatkowe 5-7 tys. żołnierzy, którzy wspomogą Amerykanów zwiększających siły o około 30 tys. ludzi. Do tego - jak powiedział wczoraj szef Pentagonu Robert Gates - dojdzie co najmniej 3 tys. sił wsparcia (lekarze, logistycy, saperzy, oficerowie wywiadu).

- Ta wojna może być niepopularna. Ale musicie zrozumieć, że Afganistan to nie jest drugi Wietnam. Wietnamscy komuniści nie zagrażali bezpośrednio Europie. Natomiast Al-Kaida uważa was za takich samych wrogów jak Amerykę - mówił wczoraj Richard Holbrooke przed spotkaniem szefów dyplomacji krajów NATO w Brukseli.

Polska jest gotowa wzmocnić swe siły o 600 żołnierzy, Brytyjczycy - o pół tysiąca, Włochy - o tysiąc, Słowacja - o 250, Albania - o 85 ludzi. Gruzini, którzy nie są w NATO, chcą wysłać około tysiąca ludzi, a południowi Koreańczycy - pięciuset.

Ale inne kraje Europy stawiają warunki. - Europa powinna poprzeć nowy plan Obamy, ale musi jednocześnie jasno wytłumaczyć, czego chce w zamian. Potrzebna jest nam wspólna analiza sytuacji w Afganistanie, wspólne nakreślenie celów i terminów. Wtedy można wysyłać wojska - tłumaczy ekspert Daniel Korski z Europejskiej Rady Stosunków Zagranicznych.

Najostrzej grają ponoć Niemcy i Francuzi, których prezydent USA prosił w poufnych negocjacjach o 2,5 tys. dodatkowych żołnierzy.

- Nie może być tak, że Obama miesiącami obmyśla nowy plan dla Afganistanu, potem dzwoni do Angeli Merkel, a my natychmiast w ciemno dajemy nowe wojska - tłumaczą niemieccy dyplomaci.

Francuzi na razie zarzekają się, że nie dadzą więcej żołnierzy, ale - jak przypuszczają dyplomaci NATO - mogą wysłać tysiąc ludzi, jeśli Amerykanie zaproszą ich do szczerych rozmów.

Czego konkretnie chcą Paryż i Berlin?

- Nie potwierdzą zwiększenia kontyngentów przed międzynarodową konferencją na temat Afganistanu, która ma się odbyć w Londynie pod koniec stycznia. Przecież nawet nie wiemy, co oznacza "zakończenie wojny". Pobicie wszystkich talibów? Rozejm z umiarkowanymi? Zbudowanie armii afgańskiej, która będzie sama sobie z nimi radzić? NATO to sojusznicy, powinni więc wspólnie to ustalać - mówi Tomas Valasek z Centre for European Reform.

Obama potrzebuje nowych żołnierzy z Europy nie tylko z powodów militarnych. Poparcie sojuszników z NATO dla nowej operacji w Afganistanie pomogłoby mu przekonać tych Amerykanów, którzy boją się eskalacji. - Jeśli NATO się nie porozumie, to Obama poniesie klęskę dyplomatyczną. Przejdzie do historii jako prezydent, za którego czasów zaczęło upadać NATO - mówi Valasek.

- Jestem optymistą. Po konsultacjach z ostatnich 24 godzin mogę powiedzieć, że liczba 5 tys. dodatkowych żołnierzy może być przekroczona - mówił wczoraj rzecznik NATO.

Wstępną gotowość do zwiększenia sił zasygnalizowało już ponoć ponad 20 krajów Sojuszu. Jednak eksperci ostrzegają, że to po części sztuczka księgowa, bo 1,5 tys. "nowych" żołnierzy i policjantów jest od dawna w Afganistanie, dokąd pojechali zabezpieczać niedawne wybory prezydenckie.

Wciąż też nie wiadomo, czy Kanada i Holandia odłożą wycofanie sił, które zapowiadały na lata 2010-11.

Dziś sekretarz stanu Hillary Clinton ma przekonywać w Brukseli szefów dyplomacji krajów NATO do zwiększenia pomocy w afgańskiej wojnie.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 11 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    12 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':