Przywódcy krajów UE nominowali brytyjską labourzystkę Catherine Ashton na nowy urząd szefa unijnej dyplomacji, który stworzył traktat lizboński podczas brukselskiego szczytu z 19 listopada. Spotkała ich za to burza krytyki europejskich mediów zdumionych wyborem mało znanej Brytyjki bez doświadczenia w dyplomacji. Ashton przez ostatni rok była komisarzem ds. handlu, wcześniej zajmowała stanowiska średniego szczebla w rządzie Partii Pracy. Z nadania partii dostała też od królowej tytuł szlachecki i jako baronessa Ashton zasiadała w Izbie Lordów.
- Sama byłam trochę zaskoczona tym wyborem - szczerze wyznała Catherine Ashton w środę podczas swego pierwszego przesłuchania przed komisją ds. zagranicznych w Parlamencie Europejskim.
Dwugodzinna sesja pytań, które były często podszyte podejrzeniami o brak kwalifikacji nie rozwiała obaw co do przyszłości unijnej dyplomacji.
- Baronessa musi się jeszcze bardzo wiele nauczyć. I uświadomić sobie, że ma reprezentować interesy całej unijnej wspólnoty bez ciągłego oglądania się na stolice - mówi Elmar Brok, niemiecki chadek i wpływowy weteran komisji spraw zagranicznych w europarlamencie. Podczas debaty uszczypliwie zapewniał Ashton o podziwie dla odwagi, z którą podchodzi do zupełnie nowej dla siebie teki.
Ashton uchylała się od bardzo wielu pytań. Tłumaczyła, że wspólną politykę musi dopiero wypracować w dialogu z krajami UE (co jest zgodne z prawdą), albo że brakuje jej czasu na odpowiedź, albo nie ma wiedzy w danej kwestii.
Nie chciała mówić czy też naprawdę nie wiedziała? - Obawiam się, że widzieliśmy dziś mieszankę tych obu czynników - mówi Brok.
Ogromnym zaskoczeniem dla europosłów z Niemiec oraz krajów byłego bloku radzieckiego był brak przygotowania Ashton w tematach związanych z dyżurnymi, a więc spodziewanymi, pytaniami deputowanych z Polski, Litwy czy Niemiec.
Partnerstwo Wschodnie? - Będzie bardzo, bardzo istotne - odpowiadała zdawkowo.
Gazociąg Północny? - To temat zupełnie dla mnie nowy - wprawiła w zdumienie pytającego ją o to Vytautasa Landsbergisa, pierwszego przywódcę poradzieckiej Litwy.
Stosunki z Białorusią? - Później! - tym jednym słowem wykręciła się od wszelkich konkretów. Jak nowa służba dyplomatyczna zamierza promować unijne wartości i demokrację w Rosji? - Musimy zachować kwintesencję naszych wartości - zapewniała enigmatycznie.
Catherine Ashton jest formalnie reprezentantką europejskiej centrolewicy wśród przywódców UE i dlatego posłowie frakcji socjalistów (m.in.
SLD) miłościwie wstrzymywali się od krytyki. - Nie miałbym nic przeciwko, gdyby Ashton nie wiedziała nic o Ekwadorze. Ale gazociąg północny i
Białoruś? Jak kluczowa osoba dla naszej polityki zagranicznej może nie mieć pojęcia o kluczowych dla nas problemach! - perorował natomiast Paweł Kowal z frakcji konserwatystów (m.in.
PiS).
Natomiast eurodeputowany Jacek Saryusz -Wolski (PO, frakcja chadecka)), którego cztery pytania do Ashton o bezpieczeństwa energetyczne i Rosję nie doczekały się jasnych odpowiedzi, wybrał potem milczenie. - Żadnych komentarzy! - powtarzał.
Podczas przesłuchania w Parlamencie Europejskim baronessa Ashton musiała też toczyć "wojnę domową" z brytyjskimi eurodeputowanymi z partii torysów. - Jestem tu, bo chciało tego 27 przywódców krajów UE. Tak, to nie był wasz wybór. Ale ich wybór był właśnie taki i teraz postaram się was wszystkich nie zawieść - odpowiadała Charlesowi Tannockowi na pytanie, dlaczego postanowiła zająć stołek szefa dyplomacji, skoro nawet wśród przesłuchujących ją europosłów jest kilku byłych szefów
MSZ, którzy mają o niebo lepsze kwalifikacje.
Torysi pytali też o przeszłość Ashton w pacyfistycznej organizacji, która walczyła w latach 70. o rozbrojenie nuklearne i była - jak po latach miał wyznać jeden z jej szefów - wspierana przez Kreml. - Nie przyjmowałam pieniędzy od żadnego państwa. Tak, 38 proc. naszych dochodów pochodziło wówczas od nieznanych ofiarodawców, co wykazywałam w raportach jako skarbniczka. To były pieniądze ze zbiórek ulicznych, które ludzie anonimowo wrzucali do puszek - tłumaczyła Catherine Ashton.
Parlament Europejski zamierza głosować nad zatwierdzeniem wyboru Ashton oraz całej nowej Komisji Europejskiej dopiero pod koniec stycznia 2010 r. Jej wybór jest raczej pewny, bo odrzucenie tak ważnego centrolewicowego członka Komisji wywołałby polityczną awanturę między największymi klubami, a tego wszyscy w Brukseli chcą uniknąć.
- Gdyby na przesłuchaniach w styczniu odpowiadała tak, jak dzisiaj, to odpadnie - prognozuje Franziska Brantner z klubu Zielonych. Większość europosłów ma jedna nadzieję, że Ashton przez najbliższy miesiąc wdroży się przynajmniej powierzchownie w najważniejsze problemy unijnej polityki zagranicznej. - Rozumiem rozczarowanie niektórych posłów, ale oceniajmy Ashton po czynach, a nie słowach - mówi Krzysztof Lisek (klub chadecji, PO).