To był mit założycielski Mossadu: porwanie z Argentyny Adolfa Eichmanna, planisty i logistyka Holocaustu europejskich Żydów, i dostarczenie go przed sąd w Jerozolimie. Przedtem izraelski wywiad był jedną z wielu służb specjalnych na świecie - graczem sprawnym, ale lokalnym, na Bliskim Wschodzie raptem. Po tej operacji stał się potęgą globalną, zwłaszcza w oczach przeciwników; skoro mógł wytropić arcyzbrodniarza na końcu świata i porwać go z - było nie było - policyjnego państwa, to mógł niemal wszystko.
Tuż po wojnie, gdy Eichmann pod fałszywymi nazwiskami ukrywał się w amerykańskim obozie jenieckim w Austrii, a potem w zachodnich strefach okupacyjnych Niemiec, jego rola w wymordowaniu europejskich Żydów była właściwie nieznana. Spora w tym zasługa samego Eichmanna. Nie pozwalał się fotografować, w zasadzie pozostawał w cieniu utytułowanych grubych ryb SS z generalskimi dystynkcjami - sam miał tylko stopień SS-Obersturmbannführera, podpułkownika. Zadbał nawet o to, by nikt z jego rodziny nie miał choćby jednej, aktualnej jego fotografii. Alianccy śledczy tropiący hitlerowskich zbrodniarzy krok po kroku odkrywali jego rolę w przeprowadzeniu Holocaustu, ale jeszcze długo nie byli w stanie zdobyć jakiejkolwiek jego fotografii. Na jego tropie byli też śledczy z tajnej, paramilitarnej organizacji żydowskiej Hagana, rezydujący w Wiedniu łowca hitlerowców Szymon Wiesenthal oraz grupa żydowskich mścicieli, którzy przebrani w mundury brytyjskie wytropili innego ukrywającego się esesmana. Pewni, że to Eichmann, zastrzelili go.
W zachodniej części Niemiec szukał go prokurator Hesji Fritz Bauer, prześladowany w III Rzeszy. To Bauer dostał z Argentyny list od niemieckiego emigranta, którego córka miała kolegę nazwiskiem Nick Eichmann, jak się później okazało, był to syn Eichmanna, który sam żył na argentyńskich papierach jako Ricardo Clement. Wiesenthal otrzymał podobną informację od pewnego austriackiego arystokraty. Zaalarmowany szef Mossadu Isser Harel wysłał do Argentyny agenta, który sfotografował skromny dom Eichmanna i orzekł, że to nie może być jego kryjówka - w jego przekonaniu arcyłotr musiał przecież być jednocześnie bogaczem.
Decydujący zwrot w sprawie Eichmanna był zasługą heskiego prokuratora Bauera. Od informatora, który do dziś pozostaje utajniony, uzyskał dokładne dane o ukrywającym się zbrodniarzu, łącznie z jego przybranym nazwiskiem. Bauer wiedział, że w zachodnich Niemczech, w których denazyfikacja była co najmniej wybiórcza, nie ma szans na dopadnięcie Eichmanna. Ryzykując karierę, poleciał do Izraela i przekazał swe informacje tajnym służbom. Odtąd pętla wokół zbrodniarza zaciskała się coraz bardziej.
Anglik Bascomb, opierając się na bogatej literaturze przedmiotu, fascynująco opisuje osaczanie i samo porwanie w maju 1960 roku. Była to tak skomplikowana i ryzykowna operacja, że jej powodzenie nieraz wisiało na włosku - jak wówczas, gdy wracający z porwanym zbrodniarzem wojennym rządowy samolot z trudem, na resztkach paliwa, dotarł przez Atlantyk do Afryki. Rzadko tylko autora ponosi fantazja - gdy np. twierdzi, że w zdobywanym Berlinie Rosjanie strzelali z broni przeciwpancernej przez stropy piwnic (chciałbym to zobaczyć!), albo gdy pisze o zagrożeniu hitlerowców w ostatnich dniach wojny, wysoko w Alpach, przez członków austriackiego ruchu oporu.
Porwanie Eichmanna i zwłaszcza proces w Jerozolimie były nie tylko wymierzeniem sprawiedliwości. Ten proces zwrócił uwagę Zachodu na tragedię narodu żydowskiego i zakorzenił Holocaust w zbiorowej pamięci.
Neal Bascomb, przeł. Magdalena Komorowska, Znak, Kraków
Źródło: Duży Format