http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Pustki. Ściana wschodnia w Teksasie

Marta Strzelecka
2009-12-04, ostatnia aktualizacja 2009-12-02 16:32

Radek Łukasiewicz, Basia Wrońska, Grzegorz Śluz i Szymon Tarkowski - w takim składzie Pustki zagrają w marcu na festiwalu South by Southwest
Radek Łukasiewicz, Basia Wrońska, Grzegorz Śluz i Szymon Tarkowski - w takim składzie Pustki zagrają w marcu na festiwalu South by Southwest
Filip Styliński

Kiedy zespół The Strokes wydał swoją pierwszą płytę, pół roku po naszej pierwszej, ktoś napisał: "Amerykanie mają swoje Pustki". Rozmowa z Radkiem Łukasiewiczem, liderem i gitarzystą Pustek


Na South by Southwest, jednym z największych festiwali w Stanach, występowali Lou Reed, Erykah Badu, Morrissey. Jak wy się tam dostaliście?

- To jest prawie jak rekrutacja na studia, a egzaminowane są utwory. Wrzucałem je na serwer festiwalu osobiście, wypełniłem kilkanaście formularzy - biografia, dyskografia, osiągnięcia, recenzje po angielsku, liczba zagranych koncertów. Proszą o przysłanie kilku piosenek.

Jakie wybrałeś?

- Coś, co miałem na pulpicie, dwa utwory z płyty "Kalambury", dwa z "Końca kryzysu".

Coś po angielsku?

- Mamy od paru miesięcy przygotowane dwa utwory na takie ewentualności, bo zagraniczne festiwale o to proszą. Zostały przetłumaczone przez Olę Bilińską, dziewczynę naszego basisty, Szymona. Na mnie, lingwiście z wykształcenia, zrobiły wrażenie, tak są wierne oryginałowi. Jako autorowi tych tekstów ciężko byłoby mi przetłumaczyć "Niezdrowy rozsądek" czy "Czerwoną falę". Ale wydaje mi się, że to nie angielski zadecydował o tym, że zaproszono nas na South by Southwest. O tym festiwalu powiedział nam Jonathan Poneman, twórca i szef wytwórni Sub Pop z Seattle. Powiedział: to jest festiwal dla grup takich jak wy, nawet jeśli śpiewacie po polsku. Podzieliliśmy oczywiście przez pięć jego pochwały, ale spróbowaliśmy.

Tam głównym kryterium jest jednak muzyka. Są gwiazdy, które przyciągają publiczność, ale pojawia się wiele grup europejskich, które poza internetem, stronami typu MySpace nie docierają do tamtejszej publiczności.

Jak poznaliście Ponemana?

- Jego dziewczyna była na naszym koncercie, dostała od kogoś naszą płytę "Koniec kryzysu", dała ją Ponemanowi, dostawaliśmy od nich SMS-y: "Jedziemy przez Arizonę, słuchamy waszej płyty". Poneman przyjechał na Off Festival w tym roku, przywiózł dwie osoby z Sub Popu. Przyszedł do studia, kiedy miksowaliśmy płytę "Kalambury", posłuchał, pogadaliśmy. Ostatni raz widziałem się z nim miesiąc temu w Warszawie, był na koncercie Mudhoney, daliśmy mu nową płytę. Jesteśmy w kontakcie.

Co mu się podoba w Pustkach?

- Mówi, że zna setki ciekawych zespołów, ale niewiele takich, które mają taki potencjał do rozumienia na wielu poziomach. On wierzy, że publiczność identyfikuje się ze słowami naszych piosenek, czuł to na naszych koncertach, ale jednocześnie on sam, choć słów nie rozumie, muzykę jednak przeżywa.

Skąd to się bierze?

- Może stąd, że nie wymyślamy nic sztucznego. Nasze teksty są zainspirowane przeżyciami, a mamy przeżycia dosyć podobne do innych ludzi w naszym wieku: spotkania, miłość, rozstania, szukanie mieszkania, kompleksy, poczucie winy. Proste rzeczy. Plus trochę melancholii. Basia Wrońska ma w sobie nawet bardziej molowe emocje niż melancholia. Grzesiek Śluz, perkusista, jest bardziej w stronę dołującej agresji. Nie jest tak, że wszyscy byśmy sobie żyły podcięli, ale jeśli bywa w życiu różnie, to śpiewamy o tym, nie uciekamy od tego. Szymon Tarkowski, basista, jest najbardziej pozytywny, co zresztą widać w jego zespole Płyny. Ta mieszanka osobowości jest dobra. Poza tym płyty nie powstają jako projekty o określonym charakterze. Piszemy 20 utworów, tak jak nam w duszach akurat gra, potem wybieramy z tego coś, co może stworzyć dobrą płytę.

Podpisujecie kontrakty tylko na jedną płytę, więc wytwórnia nie mówi wam, czego oczekuje, to wy proponujecie.

- Ale do szufladek trafiamy i tak. Po pierwszej płycie mówili o nas, że gramy jak zespoły z Nowego Jorku. Kiedy zespół The Strokes wydał swoją pierwszą płytę, pół roku po naszej pierwszej, ktoś napisał: "Amerykanie mają swoje Pustki".

Jakie jeszcze porównania padały?

- Velvet Underground, The Stooges, MC5, czyli stare amerykańskie zespoły garażowe, które zresztą są fajne, tylko nam zależało, żeby podobną wrażliwość przefiltrować przez ten polski klimat. U nas życie wygląda zupełnie inaczej, mamy inne problemy, czujemy się w związku z tym inaczej, więc inaczej gramy.

Jakieś pokrewieństwo z Joy Division?

- Nie jesteśmy aż tak dołerscy, bo tam był dół aż do śmierci prowadzący. Raczej chodzi o coś, co mieliśmy z nimi wspólnego na początku, kiedy uczyliśmy się grać. Ich pierwsza demówka to są nagrania szkolnego zespołu, zupełnie. Grali krzywo, nieczysto, ubierali utwory w najprostsze aranżacje. Ale aura tego była taka, że przymykasz oko na niedociągnięcia, bo z miejsca wiadomo, o co chodzi zespołowi. U nich od początku była określona estetyka, byli tego świadomi. My też na początku byliśmy trochę dyletantami, ja poważniej zacząłem się uczyć grać na gitarze, jak miałem 14 lat.

Źródło: Duży Format
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    10 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':