Besztam i milczę. Stanisław Zalewski, dyrektor Cyrku Zalewski Wszystkich muszę za mordę trzymać! Inaczej się nie da! Mieli dwa dni wolnego, dostają dobre pieniądze, w poniedziałek nawet grilla postawiłem i co? On dzisiaj do roboty nie wstał, bo dziewczynę zapoznał, leży w łóżku i nie chce z wozu wyjść! Na mój koszt je, śpi i jeszcze ma pretensje. Zwalniam natychmiast!
W cyrku nie ma demokracji! Mówi tylko jeden, reżyser, a reszta ma to robić i koniec.
Występ na arenie to deser, najpiękniejsze, co nam się w ciągu dnia przydarza, reszta to trudy i znoje. My tu musimy zajmować się elektryką, transportem, budową namiotu, światłami, dźwiękiem, reklamą, opieką nad zwierzętami. Robimy to we trójkę - ja, żona i syn. Najgorsze jest podróżowanie. Przez dziewięć miesięcy w roku jeździmy na jednodniówki - jeden występ i dalej w drogę. Codziennie trzeba rozłożyć i złożyć namiot. Wstajemy o wpół do czwartej rano!
Cyrk jest jak okręt. Gdybym prowadził hurtownię albo coś innego, to by była pestka. Robiłbym osiem godzin, na sobotę, niedzielę zamknął to wszystko i miał święty spokój. A tu? 24 godziny. Nawet w nocy, jak zwierzę zachoruje albo ktoś z ludzi. Normalnie nikt swojego dyrektora w slipach nie widuje. A mnie tak. Tu się zdarzają zdrady małżeńskie, kłótnie, picie. I oni z tym wszystkim przychodzą do dyrektora. Bo jak się pokłócą, to ona płacze i nie może wyjść na scenę.
Sami z żoną byliśmy akrobatami. Żona jest siódmym pokoleniem cyrkowców, ona ma to w genach, ona podświadomie dążyła do tego, żeby mieć własny cyrk Występowaliśmy przez 20 lat, głównie za granicą. Miałem 42 lata, kiedy skończyliśmy karierę. Arena lubi młodych. My już w kościach czuliśmy lata. Syn dorastał, budowaliśmy dom, chcieliśmy osiąść.
A potem w Polsce otworzyła się alternatywa, żeby mieć prywatny cyrk, i zaczęliśmy zatrudniać ludzi. Myśleliśmy, że wystarczy kupić namiot. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z wagi załogi technicznej. Tu zawsze brakuje chętnych, bo to jest ciężka praca. Najlepiej sprawdzają się ludzie ze wsi, są twardsi i mieli kontakt ze zwierzętami.
Bardzo na nich krzyczę. Wrzeszczę. Besztam. Nic innego nie działa.
Zaznaczam, że mówię o obsłudze technicznej, z artystami to zupełnie inna praca. Artystom nic nie trzeba mówić. Oni wiedzą, co to dyscyplina. Im zależy na samodoskonaleniu się. Czasem tylko potrzebują mobilizacji. Bo im się wydaje, że już osiągnęli światowy poziom. Wtedy żona sprowadza ich z tej ścieżki myślenia. Młodzi nie wiedzą, że my też byliśmy akrobatami, i jest szok, jak żona im coś wytyka.
Artysta w cyrku tak naprawdę gra całe życie tylko tę jedną rolę. Angażujemy go na sezon, a potem koniec, bo musimy mieć nowy program.
Wiemy wszystko o życiu naszych ludzi. Jednak dystans zawsze jest lepszy. Wydaje mi się, że jak my byliśmy młodzi, to potrafiliśmy oddzielić - tu się razem bawimy, zabawa to zabawa, ale praca to praca. Teraz, jak się człowiek spoufali, to na głowę potem wchodzą. On źle się dziś czuje i jednego elementu nie będzie skakał. To żona woła i mówi - aha, to ja będę ci część pieniędzy wypłacała.
Generalnie chorujemy na nadciśnienie przez ten ciągły stres. Przez ciągłe pytanie: czy ja dziś zarobię, czy dołożę do tego interesu?
17 lat jestem dyrektorem. Czasem mam dość.
Jakim jestem szefem? Za dobrym. Dlatego wszyscy mnie kiwają. Jestem wyrozumiały i wierzę ludziom. Jak mówi przysłowie, jak ktoś ma miękkie serce, musi mieć twardy tyłek.
Seweryn Szejbe z żoną Iriną, akrobaci Nasz dyrektor to bardzo szczery i uczciwy człowiek, przyjaźnie nastawiony do artystów. No i co najważniejsze - jest wypłacalny.
Życie w cyrku jest ciężkie. Wieczna nerwówka. Rodzice przestrzegali mnie przed tym. Są cyrkowcami, tak jak i dziadkowie. Wciąż mi powtarzali: ty nie będziesz pracował w cyrku, musisz osiągnąć coś więcej. Wysłali mnie na
studia, ale po drugim roku wróciłem. Rodzice znaleźli mi więc partnerkę. I żonę. Irina jest Ukrainką, trenowała gimnastykę sportową. Pracujemy razem od sześciu lat. Robimy ten sam numer co moi rodzice. W tym cyrku jest jak w rodzinie. Dyrektor krzyczy, ale to nie znaczy, że krzyczy naprawdę. Można podejść jak do kolegi, porozmawiać. Ale słuchać się trzeba.
Wszędzie wkładałam palce. Dorota Williams, szefowa działu stylizacji i charakteryzacji w TVN Mam podobno opinię osoby ostrej i chłodnej. Kiedyś jeden z dziennikarzy powiedział, że mam wzrok bazyliszka. Ja tego nie kontroluję. Wydaje mi się, że po prostu intensywnie się przyglądam. Dbałość o detale w moim zawodzie jest szczególnie ważna.