http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wielka mowa Obamy: Afganistan to nie Wietnam

Marcin Bosacki, Waszyngton
2009-12-02, ostatnia aktualizacja 2010-08-12 00:45

Rosomak podczas patrolu na ulicach Ghazni w Afganistanie
Rosomak podczas patrolu na ulicach Ghazni w Afganistanie
Fot. Damian Kramski / Agencja Gazeta

Prezydent USA Barack Obama ogłosił, że wysyła do Afganistanu dodatkowe 30 tysięcy żołnierzy, ale także, że zacznie je wycofywać już za półtora roku, bo "USA nie chcą okupować Afganistanu"

Amerykański konwój w pobliżu miasta Majdar Szar w prowincji Wardak w Afganistanie
Fot. Dario Lopez-Mills AP
Amerykański konwój w pobliżu miasta Majdar Szar w prowincji Wardak w...
Obama na West Point
Fot. SHANNON STAPLETON REUTERS
Obama na West Point
SONDAŻ
Czy powinniśmy zgodzić się na propozycję USA i wysłać do Afganistanu kolejnych żołnierzy?

Tak, prawdziwych sojuszników poznaje się w biedzie
Nie, to nie jest nasza wojna
Nie mam zdania

Pełny tekst wystąpienia prezydenta Obamy - wersja angielska

W wieczornym (nad ranem w Polsce) przemówieniu do setek kadetów w elitarnej akademii wojskowej West Point Obama jasno zaznaczył, że Amerykanie i ich sojusznicy są w Afganistanie z tego samego powodu, dla którego najechali ten kraj osiem lat temu: bo stamtąd ruszyły na USA ataki terrorystyczne al Kaidy 11 września. Obama powiedział, że dodatkowe tysiące żołnierzy "mają stworzyć warunki, by USA mogły przekazać odpowiedzialność za kraj samym Afgańczykom".

Ma się to stać w około półtora roku, bo prezydent jasno zaznaczył, że chce zacząć wycofywać oddziały w lipcu 2011 roku. To najbardziej kontrowersyjny element planu. Jego krytycy uważają, że to sygnał dla talibów, że wystarczy przeczekać półtora roku i potem uderzyć ze zdwojoną siłą, by przejąć kontrolę nad krajem. Jednak jego doradcy odpowiadają, że nowy plan mówi jedynie o rozpoczęciu wycofywania, a nic o jego zakończeniu, które ma nastąpić "gdy pozwolą na to warunki", czyli gdy Afganistan będzie względnie bezpieczny.

Wczoraj w komentarzach w telewizjach amerykańskich nie brakowało głosów, że Obama powiedział datę 2011 tylko po to, by uspokoić najbardziej lewicową i pacyfistyczną część swej partii. Już przed jego przemówieniem jego decyzję o wysłaniu 30 tysięcy nowych wojsk potępiły organizacje antywojenne, ale i kilku kongresmanów demokratycznych.

Obama jasno powiedział, że odrzuca analogie z sytuacją w Wietnamie w latach 60., które snuje część lewicy w USA. "W odróżnieniu od Wietnamu, jest z nami szeroka koalicja 43 krajów. W odróżnieniu od Wietnamu, nie stajemy naprzeciw partyzantki, która ma szerokie poparcie. I przede wszystkim, w przeciwieństwie do Wietnamu, to z Afganistanu Amerykanie zostali morderczo zaatakowani i nadal na jego granicach są ci sami ekstremiści, którzy wciąż przeciwko nam spiskują", czyli terroryści z Al Kaidy.

Obama dodał, że kluczowe w jego planie będzie szybkie wyszkolenie afgańskiej armii i policji, walka z korupcją w rządzie afgańskim oraz współpraca z władzami sąsiedniego Pakistanu, którym obiecał pomoc. "Będziemy wspierać wysiłki rządu w Afganistanie, by otworzyć drzwi przed tymi talibami, którzy wyrzekną się przemocy i będą szanować prawa człowieka innych obywateli" - powiedział Obama. I zadeklarował zdecydowanym głosem kadetom: - Nasza misja w Afganistanie jest jasna i warta waszych poświęceń!

Według ostatnich sondaży niewiele więcej Amerykanów (47 procent) popiera wysłanie nowych oddziałów do Afganistanu niż się temu sprzeciwia (39 proc.).

W poniedziałek Obama zadzwonił do przywódców Wielkiej Brytanii, Francji i Rosji, wczoraj rozmawiał z prezydentami Afganistanu i Pakistanu oraz przywódcami Chin, Indii, Niemiec i Polski. Tuż przed samą przemową do narodu zaprezentował nowe koncepcje 30 najważniejszym senatorom i kongresmenom z obu partii - Demokratycznej i Republikańskiej.

Brytyjski premier Gordon Brown po rozmowie z Obamą potwierdził, że nowa strategia afgańska ma w istocie przypominać tę z ofensywy w Iraku sprzed trzech lat. Strategia, po uprzednim pokonaniu talibów, ma polegać na "przekazywaniu odpowiedzialności za bezpieczeństwo kraju samym Afgańczykom - dystrykt po dystrykcie, prowincja po prowincji" - powiedział Brown. Dodał, że stanie się to "kiedy Afgańczycy będą gotowi, ale pierwsze prowincje mają zostać im przekazane już w 2010 r.".

Amerykanie będą więc dużo więcej wysiłku niż dotąd wkładać w szkolenie afgańskiej armii i policji. Wczorajsze przecieki z Białego Domu mówiły jednak o tym, że sztab Obamy uznał plany McChrystala, by ostatecznie afgańskie siły miały aż 400 tys. żołnierzy i policjantów, za "zbyt ambitne i nierealne". Według obecnych szacunków mają liczyć ponad 200 tys.

Obama chce natomiast bardzo mocno nacisnąć na rząd prezydenta Hamida Karzaja, by ten energiczniej odbudowywał zniszczony wojnami kraj, przestał roztrwaniać pomoc zagraniczną i zaczął w końcu walczyć z korupcją. Prezydent USA wprost zażąda, by powstały w Afganistanie specjalne trybunały antykorupcyjne.

Obama ma także propozycję dla sąsiedniego Pakistanu, gdzie swe bazy mają nie tylko talibowie, ale także terroryści z Al-Kaidy. Jak pisze dobrze poinformowany "Cable", oferta brzmi: "100 proc. za 100 proc.", czyli jeśli władze i armia pakistańska z całą mocą będą zwalczać talibów, będą mogły liczyć na niemal nieograniczoną pomoc USA - wywiadowczą, wojskową i gospodarczą.

Decyzję Obamy o wysłaniu do Afganistanu kilkudziesięciu tysięcy żołnierzy uważa się powszechnie w Waszyngtonie za zwycięstwo Pentagonu, ministra obrony Roberta Gatesa i doradcy bezpieczeństwa narodowego gen. Jamesa Jonesa nad częścią doradców politycznych prezydenta oraz wiceprezydentem Joe Bidenem. Ci uważali, że Afganistan i jego pogranicze z Pakistanem są w takim chaosie, że wysyłanie tam kolejnych wojsk nie ma sensu.

Republikanie już wczoraj zapowiedzieli, że będą w tej sprawie "lojalną opozycją" i poprą wysłanie dodatkowych oddziałów. Natomiast przeciwna decyzji Obamy jest spora, najbardziej lewicowa część jego własnej Partii Demokratycznej, która obawia się, że Afganistan będzie dla Obamy tym, czym dla Lyndona Johnsona był Wietnam - katastrofą.

Telewizje w USA dużo mówiły wczoraj o liście otwartym arcylewicowego reżysera Michaela Moore'a do Obamy, w którym wzywał go, by wycofał się z decyzji o wysłaniu większej ilości wojsk. "Nie mogę w to uwierzyć. Jednym przemówieniem zmieni pan wielką liczbę młodych ludzi, którzy byli podstawą pana kampanii [prezydenckiej], w rozczarowanych cyników. Nauczy ich pan, że prawdą jest to, co zawsze słyszeli - że wszyscy politycy są tacy sami" - napisał Moore.

Reżyser nie ma jednak racji. Choć Obamę popierała większość ruchów pacyfistycznych w USA, to on sam podczas kampanii mówił, że - w przeciwieństwie do Iraku - wojna w Afganistanie jest "słuszna" i "trzeba ją wygrać".

Choć liczba ofiar amerykańskich i całej koalicji w Afganistanie w tym roku mocno wzrosła i po raz pierwszy przekroczyła liczbę ofiar wojny w Iraku, Amerykanie w sondażu Gallupa sprzed tygodnia nieznacznie poparli wysłanie tam większej ilości wojsk. Za takim rozwiązaniem było 47 proc. z nich, przeciw - 39 proc.

Tusk: Dodatkowi żołnierze w Afganistanie to inwestycja w polskie bezpieczeństwo

Prezydent ponowił prośbę sekretarza generalnego, by Polska wspólnie z innymi państwami europejskimi uzupełniła ten dodatkowy kontyngent, który w przypadku Amerykanów wynosi ponad 30 tysięcy dodatkowych żołnierzy -Donald Tusk opowiadał o szczegółach swojej rozmowy z prezydentem Stanów Zjednoczonych we wtorkowym programie "Kropka nad i".

Ministrowi obrony premier zlecił już przygotowanie opinii, ilu żołnierzy potrzeba, by polski kontyngent był jak najskromniejszy, ale by też realnie uczestniczył w misji. I to w taki sposób, by ona się jak najszybciej zakończyła - dodał Tusk.

Jego zdaniem to inwestycja w bezpieczeństwo Polski. - Gdyby to były indywidualne decyzje Polski to nie podejmowalibyśmy takiego wysiłku. Ale to inwestycja w polskie bezpieczeństwo. Jest przykra i niepopularna.

Prezydent Obama podkreślał w rozmowie z Tuskiem, że większe zaangażowanie NATO w Afganistanie daje mu podstawy także do określenia terminu wygaszania tej misji. - Według niego wymaga to zwiększenia sił i redukcji zaangażowania po 18 miesiącach - mówił premier.

Przyznał, ze o efektach rozmowy poinformował od razu prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Agata Kondzińska

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 19 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    18 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':