Zobacz także:
Demianiuk usłyszał oskarżenie Bartosz T. Wieliński: W poniedziałek, w pierwszym dniu procesu Johna Demianiuka przed sądem w Monachium, jego obrońca stwierdził, że był taką samą ofiarą jak żydowscy więźniowie Sobiboru. Jak pan zareagował na te słowa? Tomasz Blatt: Myślałem, że mnie szlag trafi. On nie powiedział tego w taki ogólny sposób, jemu chodziło o to, że Demianiuk był taką samą ofiarą nazizmu jak ja i Jules Schelvis [88-letni Holender, w 1943 r. deportowany do Sobiboru, który także jest oskarżycielem posiłkowym]. Bezczelne kłamstwo. Zagotowałem się w sobie, już właściwie wstawałem, by powiedzieć obrońcy, co o jego tezie myślę, ale mój adwokat złapał mnie za rękę. Sprawy na pewno tak nie zostawimy. Jeszcze wyjaśnimy obrońcy Demianiuka, na czym polegała różnica między nami a jego klientem.
Demianiuk jakoś się do tego odniósł? - Ależ skąd. Leżał na wózku, praktycznie się nie odzywając. Przy jego głowie siedziała tłumaczka języka ukraińskiego i mówiła, co się dzieje na sali rozpraw. Co jakiś czas Demianiuk tylko głośno wzdychał. Generalnie robił wrażenie, że nie kontaktuje.
Może faktycznie jest ciężko chory i wkrótce umrze? - Gdzie tam. W poniedziałek zeznawał lekarz, który orzekł, że wyniki Demianiuka poprawiły się, odkąd siedzi w niemieckim więzieniu. Generalnie, gdy mieszkał w
USA i czekał na deportację, był w gorszym stanie niż jest teraz. Wśród nas, czyli w kilkunastoosobowej grupie oskarżycieli posiłkowych, panuje przekonanie, że Demianiuk symuluje, by proces odwlec. Ale lekarze się na nim poznali i nawet gdy uskarżał się na bóle głowy, nie znaleźli powodu, by przerwać rozprawę. Dostał tylko zastrzyk przeciwbólowy.
Pytałem pana o to wiosną tego roku, zapytam znowu: czy jest sens dręczyć starego, 89-letniego człowieka? - Ludzie widzą w Demianiuku człowieka stojącego nad grobem, a ja widzę człowieka, który z innymi strażnikami pędził ludzi do komór gazowych. Nikt nie miał prawa uniknąć śmierci. Opornych bito i kłuto bagnetami, tak że śnieg był zalany krwią.
Kiedy opowie pan o tym sądowi? - Według harmonogramu mam składać zeznania od 19 do 21 stycznia. Zamierzam opowiedzieć to, co przeżyłem w obozie. W zwykłym obozie koncentracyjnym strażnik pilnował, by więźniowie nie uciekali. W obozie śmierci, takim jak Sobibór, strażnik był mordercą. To dotyczy też Demianiuka. W Sobiborze służyło kilkunastu Niemców z SS. Sami nie byliby w stanie zabić codziennie po kilka tysięcy ludzi. Zatrudnili do tego ukraińskich pomocników takich jak Demianiuk, którzy chętnie im w zbrodni pomagali.
Zeznawał pan już przed niemieckim sądem przeciwko Karlowi Frenzlowi, który był komendantem jednego z podobozów w Sobiborze. Obrońcy próbowali pana dyskredytować. Pytali o wysokość drzew przy barakach, o to, czy kij, którym pana bito, był okrągły, czy nie. Czy teraz będzie tak samo? - To ich stare metody. Wiem, jak się przed takimi pytaniami bronić. Jeśli obrońca Demianiuka będzie usiłował udowadniać, że mam dziurawą pamięć, że jestem niewiarygodny, to daleko nie zajedzie, tym bardziej że oprócz mnie będzie zeznawać Schelvis. No i są dokumenty potwierdzające to, co się działo w Sobiborze.
Czy pana zdaniem sąd skaże Demianiuka? - Myślę, że wyrok skazujący zapadnie, choć ciężko teraz powiedzieć, jaka będzie kara. Może jej w ogóle nie być. To nie jest jednak takie istotne. Najważniejsze, by Demianiuk wreszcie przemówił, by dał świadectwo zbrodniom, jakie popełnił.
Ten proces będzie miał potężne znaczenie dla Niemców. Przypomina młodym ludziom w tym kraju, co robili ich dziadkowie. Regularnie spotykam się z nimi. Faktycznie czują z tego powodu wstyd i żal. Myślę, że wyciągają z tragicznej przeszłości wnioski. Proces w tym tylko pomoże.
Poza tym to chyba ostatni taki proces. Po osądzeniu Demianiuka Holocaustem będą zajmować się nie prokuratorzy, ale historycy.