Jacek Pawlicki: Traktat z Liz bony miał dać UE silną reprezentację na świecie. Gdy szefową unijnej dyplomacji została Catherine Ashton, nawet Brytyjczycy byli zdumieni. Alexander Stubb: Po pierwsze, dobrze mieć Brytyjkę na tym stanowisku, bo
Wielka Brytania to ważny kraj. Po drugie, zachowana została równowaga płci, a była to jedna z kluczowych spraw. Po trzecie, Catherine Ashton jako komisarz ds. handlu radziła sobie doskonale. Teraz też da sobie radę.
Przecież nie ma doświadczenia w polityce zagranicznej. - Nikt nie ma doświadczenia, by być pierwszym ministrem spraw zagranicznych UE. Jestem pewien, że dobierze sobie dobrych współpracowników. A my, ministrowie spraw zagranicznych krajów Unii, powinniśmy być częścią jej drużyny.
Przez dziesięć lat Javier Solana robił, co mógł, by wzmacniać politykę zagraniczną UE, ale miał związane ręce. Czy teraz będziemy mieli Solanę w spódnicy? - Nie sądzę. Solana zbudował swe stanowisko niemal z niczego. Odegrał wielką rolę w sprawie Iranu czy Bliskiego Wschodu. Catherine Ashton ma co kontynuować. Jean Monnet (jeden z ojców europejskiej integracji) powiedział, że "Nic nie jest możliwe bez ludzi; nic nie trwa bez instytucji". Mamy już ludzi - Catherine Ashton i Hermana Van Rompuya, a traktat dał nam instytucje. Unia nie ma już wymówek...
I Ashton, i Van Rompuy poradzą sobie z przewodzeniem UE? -Tak. Mamy odpowiednie osoby i instytucje, potrzeba woli politycznej.
A jej brak powstrzymywał dotąd budowę wspólnej polityki zagranicznej? - Nikt nie usłyszy Unii, jeśli nie będzie mówiła jednym głosem. Dlatego koniec z mówieniem wieloma głosami! W ostatnich 60 latach mieliśmy trzy wielkie przemiany w polityce międzynarodowej. Pierwsza nastąpiła, kiedy po II wojnie zbudowano instytucje międzynarodowe. Druga - po zakończeniu zimnej wojny, kiedy skończył się dwubiegunowy świat. Teraz świat jest wielobiegunowy. Jeśli UE chce być poważnym graczem w tym świecie, musi mówić jednym głosem. Największe mocarstwa w UE są tylko średniej wielkości mocarstwami na świecie.
Czy Unia ma szansę stać się globalnym mocarstwem? A może już nim jest? -UE jest największą gospodarką i największym partnerem handlowym. Jest największym dawcą pomocy międzynarodowej na świecie. Ale w polityce zagranicznej nie jest traktowana poważnie pomimo swych 22 kryzysowych misji międzynarodowych...
...I miliardów wydawanych na pomoc zagraniczną... -Dokładnie. Na szczęście traktat z Lizbony daje nam pięć różnych rzeczy, które sprawiają, że pozostaję optymistą: prezydenta, szefa
MSZ, osobowość prawną, wzajemne gwarancje bezpieczeństwa i unijną służbę dyplomatyczną. Jeśli mając te pięć instrumentów, nie staniemy się globalną potęgą, możemy winić tylko siebie.
Czyli traktat daje UE wszystko, by zaczęła się liczyć w polityce zagranicznej? -Tak. Potrzebna jest jeszcze tylko wola polityczna.
Jakie mają być priorytety pani Ashton? - Jeśli chodzi o stronę instytucjonalną, to po pierwsze, stworzenie dobrej unijnej służby dyplomatycznej. Po drugie, sprawienie, by pomiędzy 27 szefami MSZ zapanował duch drużyny, i po trzecie, nie może wahać się i powinna korzystać z narzędzi, jakie dał jej traktat, takich jak decyzje podejmowane większością. Jeśli chodzi o politykę zagraniczną, lista jest długa. Szczyt klimatyczny w Kopenhadze,
Afganistan, Bliski Wschód, kłopoty w Rogu Afryki, stosunki z
USA i Rosją, a także Chinami...
Jak traktat zmieni sposób prowadzenia polityki zagranicznej Finlandii? - Przed Lizboną szliśmy do unijnego stołu z twardym fińskim stanowiskiem. Tak samo zachowywali się inni. W rezultacie dochodziliśmy razem do najniższego wspólnego mianownika. Teraz trzeba zasiadać do stołu z umysłem bardziej skłonnym do kompromisu. Myślę też, że w przyszłości szefowie dyplomacji krajów UE powinni być wykorzystani jako specjalni wysłannicy Unii. USA ma swoich specjalnych wysłanników w różne strony świata. Dlaczego w UE nie wykorzystać ministrów spraw zagranicznych jako specjalnych wysłanników w różnych sytuacjach kryzysowych?