W poniedziałek w jednym ze szpitali moskiewskich zmarła ciężko ranna pasażerka pociągu wysadzonego w powietrze przez terrorystów na trasie Moskwa-Sankt-Petersburg.
A rano doszło do kolejnej dywersji na kolei. W kaukaskim Dagestanie eksplozja ładunku wybuchowego uszkodziła tory tuż przed zbliżającym się pociągiem pasażerskim z Tiumenia do Baku. Tym razem wagony się nie wykoleiły, nikt nie został ranny.
Informacje o postępach dochodzenia w sprawie piątkowej tragedii są bardzo skąpe. Prowadzący je przesłuchują mieszkańców rejonu, w którym doszło do zamachu na ekspres i na podstawie ich zeznań sporządzili portrety pamięciowe podejrzanych. Ponoć milicji udało się znaleźć dom, w którym terroryści ukrywali się przed wysadzeniem pociągu. Grupa miała się składać z trzech mężczyzn i kobiety.
Bardzo dużo o piątkowej tragedii pisze poniedziałkowa prasa rosyjska.
Według "Moskiewskiego Komsomolca" katastrofa "Newskiego" to "katastrofa całego systemu ochrony prawa w Rosji - od posterunków milicji po Komitet Śledczy przy Prokuraturze Generalnej". Dziennik ocenia, że system ochrony prawa "może jeszcze wykonywać najprostsze działania fizyczne, czyli sprawdzić dokumenty, rozpędzić wiec, pobiegać, postrzelać, myślenia jednak się już oduczył, specjaliści z zakresu kryminalistyki i pozostali eksperci się zdegenerowali".
Natomiast, jak zapewnia gazeta, terroryści "myślą analitycznie, wyciągają wnioski ze swoich pomyłek i robią postępy".
Natomiast
dziennik "Kommiersant" opisuje wstrząsający fakt, który zdaje się potwierdzać słowa "Komsomolca". W miejscu, gdzie został wykolejony "Newski Ekspres", terroryści podłożyli nie jeden, a dwa ładunki wybuchowe. Drugi wybuchł 17 godzin po pierwszym, kiedy na miejsce katastrofy przyjechał Aleksandr Bastrykin, szef Komitetu Śledczego przy Prokuraturze Generalnej.
Zdaniem dziennika mina była przeznaczona właśnie dla prowadzących śledztwo, a zdetonował ją sygnałem telefonu komórkowego terrorysta, który przez cały czas z ukrycia obserwował miejsce tragedii, gdzie zjechało się mnóstwo milicjantów, prokuratorów, funkcjonariuszy służb specjalnych. Jeśli tak było rzeczywiście, to doszło do kompletnej kompromitacji rosyjskich organów prawa i porządku, które przez kilkanaście godzin po zamachu nie potrafiły wykryć pułapki i przeczesać terenu, zapobiegając kolejnemu nieszczęściu. Na szczęście drugi wybuch był słaby i podmuch tylko zerwał Bastrykinowi czapkę z głowy.
Według mediów rosyjskich zamachowcami najprawdopodobniej byli bojownicy z Kaukazu. Gazety powtarzają, że mógł nimi kierować poszukiwany od lat listem gończym Paweł Kosołapow, były słuchacz szkoły oficerskiej w Rostowie nad Donem, który przeszedł na stronę separatystów i przyjął Islam.