- Te słowa to jakiś absurd - oburzał się Jules Schelvis, 88-letni Holender, który w 1943 r. został z rodziną deportowany do Sobiboru. Tylko on przeżył. Na rozpoczętym wczoraj w Monachium procesie Demianiuka Schelvis obok pochodzącego z Izbicy Tomasza Blatta jest jedynym naocznym świadkiem zbrodni, jakie
Niemcy i ukraińscy strażnicy, tacy jak Demianiuk, popełniali w obozie.
Demianiuk znalazł się w Sobiborze po przeszkoleniu w obozie SS w Trawnikach pod Lublinem. Trafiali tam jeńcy z Armii Czerwonej, którzy zgodzili się przejść na stronę III Rzeszy. Wcielano ich wówczas do SS i rozsyłano do kacetów, gdzie szybko zdobywali złą sławę bezlitosnych katów. Demianiuk służył też w obozach w Treblince, na Majdanku i w końcu we Flossenburgu.
Gdy wczoraj rozprawa ruszyła, adwokat Ulrich Busch wniósł o umorzenie postępowania: - Mój klient jest niewinny. W obozie on i więźniowie byli na tym samym poziomie. Także musiał wypełniać rozkazy Niemców i pracować - oświadczył. Na sali, na której oprócz Schelvisa i Blatta siedziało jeszcze 18 oskarżycieli posiłkowych, krewnych ofiar Sobiboru, zawrzało. Reprezentujący ich adwokat replikował z oburzeniem, że pilnujących obozu Ukraińców Niemcy nie gazowali. Busch, niezrażony, wytykał sędziom, że zdecydowali się sądzić jego klienta pod presją opinii publicznej i listów z pogróżkami, które przychodziły do monachijskiego sądu. Wypomniał również, że Niemcy w latach 60. uniewinnili kilku esesmanów służących w Sobiborze. - To nieludzkie traktowanie mojego klienta - oświadczył i zarzucił sądowi oraz prokuratorom stronniczość. Sąd ma zająć się jego wnioskami w późniejszym terminie.
Gdy patrzyło się na wjeżdżającego na salę rozpraw Demianiuka, można było odnieść wrażenie, że adwokat ma swoje racje. Rano siedzący na wózku inwalidzkim były strażnik wyglądał na ledwo przytomnego i z trudem oddychał. Na popołudniową sesję sądu (każda może trwać tylko 90 minut) wniesiono go na noszach. - W naszych sercach wiemy, że nasz ojciec jest niewinny - przekonywał dziennikarzy John Demianiuk junior, który na rozprawę przyleciał z
USA, dokąd jego ojciec wyemigrował w latach 50. i skąd wiosną deportowano go do Niemiec.
Niemieckie media starają się jednak zrównoważyć ten obraz cierpiącego starca i w obszernych materiałach przypominają o potwornościach, jakich dopuszczali się strażnicy w Sobiborze. Nie obywa się przy tym bez żenujących wpadek. Telewizja ZDF, relacjonując proces, określiła Sobibór mianem "polskiego obozu koncentracyjnego".
Początek procesu pokazał, jak ciężko będzie doprowadzić go do końca. I nie tylko dlatego, że Demianiuk może być u kresu swych dni. Jego obrońca będzie chwytał się każdego sposobu, by proces przeciągać i obalić akt oskarżenia. Tomasz Blatt wspominał, że gdy w latach 60. był przesłuchiwany w Niemczech jako świadek w procesie załogi Sobiboru, obrona żądała, by podał wysokość drzew rosnących koło baraku. Wszystko po to, by go zdyskredytować. Busch zapewne będzie robić to samo.
Inny problem ma charakter techniczny. W sali 101/1, największej w sądzie w Monachium, mieści się jedynie 147 osób. Wczoraj chciało wejść do niej kilkuset dziennikarzy i widzów. Miejsc brakło nawet w sali obok, w której rozprawę można było oglądać na telewizorach. Tłum ludzi na korytarzu był tak duży, że proces rozpoczął się z prawie półtoragodzinnym opóźnieniem. Niemieckie media krytykują sąd, że tego nie przewidział.