18 sierpnia 2008 r. w Wymysłowie, w pobliżu Będzina, grzybiarz znalazł zwłoki - skrępowane i skatowane. Bezpośrednia przyczyna śmierci: uderzenia nożem w szyję, które przebiły rdzeń kręgowy. - Sprawca był bardzo silny lub działał pod wpływem wielkich emocji - napisał patolog. Przy zwłokach nie było dokumentów. Lecha Frydrychowskiego zidentyfikowano dzięki odciskom palców - były w policyjnej bazie.
Frydrychowski to syn byłej wspólniczki Jerzego G. Zanim został prezydentem Zabrza, prowadził z Frydrychowskimi księgarnię. W 2003 r. G. pożyczył od Frydrychowskiego na remont domu 20 tys. zł. Po kilku miesiącach oddał całą kwotę i 5 tys. zł odsetek. Rok później Frydrychowski domaga się od G. zwrotu kolejnej pożyczki. Tym razem 246 tys. zł wraz z 5-proc. odsetkami naliczanymi co miesiąc. Prezydent Zabrza twierdzi, że nie pożyczył takiej kwoty, ale Frydrychowski pokazuje umowę z jego podpisem. Biegły potwierdza: jest autentyczny. Jerzy G. mówi, że podpisał dokument in blanco, gotówki nie wziął. Po kilku latach procesu sąd uznaje jednak, że umowa jest ważna i G. musi zwrócić dług. W 2008 r. wraz z odsetkami wynosi on już ponad 900 tys. zł. Na jego konto wchodzi komornik.
Gdy znaleziono zwłoki, G. był więc głównym podejrzanym. Dwa tygodnie po zabójstwie
policja zatrzymała go na 48 godzin. Śledczy nie potrafili obalić jego alibi.
Jerzy G. twierdził, że w dniu śmierci Frydrychowskiego był na Opolszczyźnie, gdzie oglądał skutki tornada. Dowodem są zdjęcia, jakie tam zrobił. Przed godz. 16 kamery w markecie w Rudzie Śląskiej zarejestrowały G., jak kupuje korkociąg. Stamtąd miał pojechać do
mieszkania córki. Frydrychowski zginął w południe. - Z badania na wykrywaczu kłamstw wynikało jednak, że nie mówi wszystkiego - twierdzi nasz informator z prokuratury.
7 września tego roku do prokuratury w Będzinie zgłosił się Tomasz L., mechanik samochodowy z Bytomia. Kilka lat wcześniej właściciel hurtowni książek poznał go z G. - Jerzy G. prosił mnie, żebym znalazł ludzi, którzy porachowaliby się z Frydrychowskim. Mówił, że ten gnój go niszczy. Myślałem, że chodzi mu o pobicie, a nie zabójstwo - zeznał Tomasz L. Zeznania złożył dobrowolnie, twierdząc, że się boi i ma wyrzuty sumienia.
Z jego relacji wynika, że pracujący na Politechnice Śląskiej Jerzy G. obiecał Frydrychowskiemu pomoc w napisaniu pracy doktorskiej. 17 sierpnia 2008 r. mieli sprawdzać drzewostan (element pracy). Według Tomasza L. Jerzy G. zawiózł Frydrychowskiego
samochodem do Wymysłowa. Tomasz L. twierdzi, że widział, jak koło południa wjeżdżają do lasu. Tam mieli czekać przywiezieni przez niego bytomscy bandyci: Mariusz F., Robert T. i jego brat Rafał. Co się działo w lesie? Tomasz L. mówi, że nie wie, bo siedział w aucie. Zeznał, że bandyci wrócili po kilkunastu minutach i chwalili się, jak okładali bejsbolami i kopali Frydrychowskiego. - Dziadkowi puściły nerwy - mieli opowiadać o G. Podczas jazdy nie było mowy, że napadnięty nie żyje - twierdzi mechanik.
Według Tomasz L. dzień później były prezydent dał mu 4 tys. zł. Zostawił sobie tysiąc, resztę podzielił między bandytów. - Kilkanaście dni później z gazet dowiedziałem się, że Frydrychowski nie żyje - twierdzi L.
Mechanik podał prokuratorom numery komórek bandytów, których zawiózł do Wymysłowa. Według ustaleń operatorów 17 sierpnia w południe wszystkie logowały się w tamtej okolicy, podobnie jak telefony Tomasza L. i Jerzego G. Billingi pokazują, że mechanik był w stałym kontakcie z bandytami.
Po tych zeznaniach sprawę przejęła katowicka prokuratura okręgowa. Robert T. siedział już wtedy w areszcie za rozboje i oszustwa. Po kilku przesłuchaniach przyznał się do udziału w mordzie. Obciążył wspólników i G. Według T. to były prezydent miał zadać nożem śmiertelny cios. Prokuratura przedstawiła Jerzemu G. oraz trzem bandytom zarzut zabójstwa. - To tylko poszlaki, ale sąd podzielił nasze zdanie, że powinni zostać aresztowani - mówi nam jeden ze śledczych.
Renata G., żona byłego prezydenta, jest przekonana, że jej mąż został wrobiony: - To, że mój mąż miał dług wobec Frydrychowskiego, nie znaczy, że go zabił.
Renata G. przyznała, że jej mąż pomagał Frydrychowskiemu w pracy doktorskiej z ochrony środowiska i razem jeździli oglądać drzewa. Ale nigdy w okolice Będzina. Uważa, że największą słabością zarzutu jest alibi męża: - Jak zdążyłby to zrobić. Chyba że latał helikopterem.