http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Niepełnoobywatele

Ewa Siedlecka
2009-11-30, ostatnia aktualizacja 2010-08-11 23:49

Rodzeństwo Jolanta i Roman Stefańscy wytaczają procesy różnym instytucjom. Są niepełnosprawni, ale chcą mieć równe szanse uczestniczenia w życiu publicznym
Rodzeństwo Jolanta i Roman Stefańscy wytaczają procesy różnym instytucjom. Są niepełnosprawni, ale chcą mieć równe szanse uczestniczenia w życiu publicznym
Fot. Adam Kozak / Agencja Gazeta

Muszą doprowadzić zęby do stanu zagrażającego życiu lub zdrowiu, by móc skorzystać z ubezpieczenia w NFZ. Do tego zmusza osoby na wózkach inwalidzkich polskie prawo

ZOBACZ TAKŻE
Tak wynika z prawomocnego wyroku, jaki w piątek zapadł przed Sądem Okręgowym w Warszawie. Sprawę NFZ-owi wytoczyła Jolanta Stefańska z podwarszawskiej Radości.

Pani Jolanta dostanie zwrot kosztów leczenia tylko tych zębów, które odpowiadały definicji "stanu nagłego" zawartej w ustawie o ratownictwie medycznym. Czyli stanu, "w którym odroczenie w czasie pomocy medycznej może skutkować utratą zdrowia albo życia". Leczenie zębów, które nie były w "stanie nagłym", musi finansować sama. Albo doprowadzić je do "stanu nagłego".

Jolanta Stefańska porusza się na elektrycznym wózku inwalidzkim. Jest z wykształcenia historyczką, pracowała jako tłumaczka, teraz jest na rencie. Ma opłaconą składkę na ubezpieczenie zdrowotne. I - teoretycznie - ma prawo leczyć się za to w ramach świadczeń refundowanych przez NFZ, bo ustawa nakłada na Fundusz obowiązek udostępnienia leczenia każdemu ubezpieczonemu.

Kiedy w 2002 r. pani Jolanta z powodu silnego bólu zęba chciała skorzystać z pomocy dentysty, zwróciła się z pytaniem do warszawskiego oddziału NFZ, która przychodnia dostępna jest dla osoby na wózku. Teoretycznie wszystkie placówki, które dostają kontrakt z NFZ, muszą być dostępne dla osób niepełnosprawnych. Tyle że NFZ nie sprawdza tych deklaracji.

Wskazano jej dwa adresy. Ale okazały się niedostępne. Wprawdzie był podjazd dla wózków, ale bez poręczy. Drzwi były za wąskie. Brakowało parkingu dla pacjentów, a nawierzchnia placu była tak dziurawa, że nie dało się przejechać wózkiem.

Konstytucja nie pomogła

Pani Jolanta znalazła prywatną przychodnię, do której mogła się dostać. I wyleczyła tam zęby - w sumie dziesięć. Potem zażądała od NFZ zwrotu kosztów. NFZ odmówił, twierdząc, że mogła się leczyć w przychodniach, z którymi Fundusz ma umowę. Podała NFZ do sądu. Biegły potwierdził, że do wskazanych przez NFZ placówek osoba na wózku nie jest w stanie dostać się samodzielnie. Po ośmiu latach i przejściu sprawy dwa razy przez dwie instancje sąd zasądził zwrot kosztów. Ale tylko za trzy zęby "w stanie nagłym", bo ustawa o NFZ pozwala na refundowanie leczenia w innych, niż NFZ-owskie, placówkach tylko w "stanach nagłych". - Płacę składki jak każdy ubezpieczony. Mimo to państwo, wbrew ustawie o NFZ, nie gwarantuje mi w praktyce równego prawa skorzystania ze świadczeń. To dyskryminacja, której zakazuje konstytucja. Ale sąd jej nie dostrzegł. Nie dostrzegł też innego przepisu konstytucji, który nakazuje państwu "zapewnienie szczególnej opieki zdrowotnej" osobom niepełnosprawnym - mówi pani Jolanta.

- To jest dyskryminacja. Nie może być tak, że jakaś grupa ludzi zmuszona jest doprowadzić swoje zdrowie do ruiny, żeby móc skorzystać z prawa do opieki zdrowotnej - zgadza się prof. Andrzej Zoll, były rzecznik praw obywatelskich. - Szkoda, że sąd nie zwrócił się przed wydaniem wyroku z pytaniem prawnym w tej sprawie do Trybunału Konstytucyjnego. To najszybszy sposób na wyeliminowanie z porządku prawnego przepisu sprzecznego z konstytucją.

Sąd się nie zapytał. Więc pani Jolanta dostanie 93 zł od NFZ i dalej musi się leczyć prywatnie, bo wciąż brak dostępnych dla niej przychodni dentystycznych (za sporne leczenie głębokiej próchnicy zapłaciła blisko 1800 zł). Identyczny problem ma jej brat Roman - porusza się o kulach. Też nie może dostać do NFZ-owskich przychodni, bo mają za dużo schodów, brakuje poręczy na podjazdach, nie mają windy, a gabinety są na piętrze.

To nie pierwsza sprawa sądowa, jaką wytoczyli państwo Stefańscy.

- Nam chodzi tylko o to, byśmy mogli sami załatwiać swoje życiowe sprawy. - mówią. - Nie może być tak, że wszędzie, gdzie się pojawimy, "robimy kłopot", więc najlepiej, żebyśmy siedzieli w domu. Świat powinien być tak urządzony, żeby był dostępny dla każdego. To dziś cywilizacyjna norma. Tylko nie u nas.

Nie chcę być noszona

Przegrali sprawę o uniemożliwienie im udziału w wyborach samorządowych: lokal wyborczy mieścił się na piętrze, bez podjazdu dla wózków i bez windy. Zamiast nakazać, by wszystkie lokale były dostępne dla każdego, Państwowa Komisja Wyborcza radziła, by osoby niepełnosprawne ruchowo poszukały sobie zawczasu lokalu, do którego będą mogły się dostać i tam się zarejestrowały. Stefańscy chcieli głosować w swoim okręgu, czym "narobili kłopotu" Obwodowej Komisji Wyborczej. Pani Jolanta nie zgodziła się na propozycję, by skrzyknięci ad hoc mężczyźni wnieśli ją do lokalu: - Dlaczego mam być noszona? I to przez osoby, które nie mają w tym doświadczenia i mogą mi zrobić krzywdę? - pyta.

Złożyli z bratem protest wyborczy. Ale sąd go oddalił, bo to, że nie mogli głosować, nie wpłynął na wynik wyborów. Na marginesie zaznaczył, że pani Jolanta sama jest sobie winna, bo powinna była skorzystać z propozycji wniesienia jej lub przyjść ze znajomymi, którzy by ją wnieśli. Przewodniczący PKW Ferdynand Rymarz szacował, że około 2 mln osób niepełnosprawnych nie mogą skorzystać z prawa do głosowania.

Więcej szczęścia Stefańscy mieli w procesie z Narodowym Bankiem Polskim. W pozwie twierdzili, że NBP naruszył ich dobra osobiste, uniemożliwiając swobodny dostęp do swojej siedziby. Żądali przeprosin dla wszystkich, którzy z powodu niepełnosprawności nie mogli się dostać do tego budynku. Wygrali - w drugiej instancji. Choć przeprosin nie było, bo polskie prawo przewiduje tylko przeprosiny dla osób, które wniosły pozew.

Wygrali też z sądem - windę. Choć nie metodą procesu. Od kilku dni mogą już dostać się do budynku sądów warszawskich przy al. "Solidarności". Kiedy w 2000 r. pani Jolanta usiłowała przyjść na rozprawę wezwana jako świadek, okazało się, że nie istnieje wejście, z którego mogłaby skorzystać. Podjechali samochodem na dziedziniec sądu, był łatwiejszy dostęp do budynku. To nie spodobało się strażnikom. Żądali, by umożliwiono im udział w rozprawie, a strażnicy wezwali policję. - Bratu jakoś udało się pójść na rozprawę, choć strażnik mało go nie przewrócił. Ja siedziałam "aresztowana" w samochodzie, pilnowana przez strażników sądowych i policjantów - opowiada. - Wejście dla niepełnosprawnych zrobiono w sądzie w tym miesiącu. Oczywiście "od kuchni". Tak jest najczęściej. Trzeba o takim wejściu wiedzieć albo telefonicznie wypytać obsługę placówki. Czasem trzeba się wcześniej zaanonsować, żeby zostało udostępnione. I, oczywiście, "robi się kłopot" - mówi pani Jolanta.

Konwencja za droga

Standardem państw rozwiniętych jest "projektowanie uniwersalne". Oznacza to tworzenie przestrzeni architektonicznej, środków komunikowania się i sposobów poruszania by przestrzeń publiczna była dostępna dla wszystkich, np. by każdy budynek, łącznie z mieszkalnymi, pozbawiony był barier. Dąży się do tego, by każdy aparat telefoniczny dostępny był dla osób niewidzących czy głuchych (możliwość wyświetlania tekstu), by program telewizyjny miał wersję dla niesłyszących, by tablice informacyjne napisane były też brajlem lub miały swój "mówiący" odpowiednik. By karty do głosowania w wyborach były w wersji brajlowskiej, bo osoba niewidoma też ma prawo oddać głos w sposób tajny.

O obowiązku stworzenia dostępnej dla każdego przestrzeni publicznej mówi ONZ-owska konwencja o prawach osób niepełnosprawnych. Podkreśla prawo takich osób do prowadzenia samodzielnego życia, jeśli jest to możliwe dzięki urządzeniom technicznym. I nakłada na państwo obowiązek umożliwienia im tego. Polska konwencję podpisała - w 2007 r., ale do dziś nie ratyfikowała. Rząd - najpierw PiS, a teraz PO - w odpowiedzi na interpelacje poselskie informował, że sprawa jest skomplikowana, że trzeba dokonać przeglądu prawa pod kątem jego dostosowania. I policzyć koszty. Rok temu wiceminister pracy Czesława Ostrowska mówiła, że rząd potrzebuje na dokończenie "prac analitycznych" 9-12 miesięcy. Teraz, w odpowiedzi na pytanie "Gazety", ministerstwo odpisało, że analiza trwa dalej, a sprawa jest skomplikowana. Nie przedstawiło żadnej perspektywy jej zakończenia.

- Zapewne dużo przepisów trzeba by dostosować do konwencji. I zapewne będzie to kosztować. Rząd powinien jednak wyznaczyć termin, do którego ją ratyfikuje - uważa prof. Zoll.

Rząd najbardziej boi się, że Polacy będą się skarżyć do komitetu powołanego do pilnowania, czy wykonywane są zasady konwencji. A komitet będzie zasądzał odszkodowania i wytykał zaniechania.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 27 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    43 głosy

Zwalnianie po polsku: rozmowa z psychologiem biznesu

Często szefowie działają ustami przychylnych sobie osób. To tworzy obrzydliwą atmosferę pseudoprawdy, pseudokomunikacji, domysłów i napięć