Coraz bardziej prawdopodobne wydaje się, że rzucony niedawno pomysł Donalda Tuska, by jeszcze przed wyborami prezydenckimi w 2010 r. zmienić konstytucję tak, by osłabić prezydenta, a całą władzę wykonawczą przekazać rządowi, był tylko PR-owskim chwytem. Miał odwrócić uwagę od kłopotów rządu (sprawy hazardowej, braku szczepionki na grypę i podsumowania dwulecia gabinetu) i umożliwić przejęcie inicjatywy Tuskowi.
To się udało, bo od dwóch tygodni zmiany konstytucyjne stały się głównym tematem debaty publicznej. Z punktu widzenia premiera ten pomysł miał jeszcze jeden atut - oprócz uporządkowania spraw ustrojowych, pozwalałby rozwiązać kilka problemów w samej PO. Gdyby dało się go zrealizować, Tusk mógłby pozostać premierem, który już bez hamulcowego w postaci prezydenta mógłby reformować kraj. W otoczeniu szefa rządu słychać, że Tusk coraz częściej waha się, czy startować w wyborach prezydenckich. Przy okazji zniknąłby problem sukcesji w Platformie. W razie wygranej w wyborach prezydenckich Tusk będzie musiał ustąpić z funkcji szefa partii, co już dziś wywołuje napięcia (w kolejce do sukcesji już ustawili się szef klubu PO
Grzegorz Schetyna i marszałek Sejmu Bronisław Komorowski).
Jednak szybko okazało się, że PO nie ma konkretnego planu, jak przeprowadzić zmiany w konstytucji. Kluczową kwestią jest to, jak przekonać
PiS, który jeszcze w 2005 r. chciał wzmocnić prezydenta, by poparł zupełnie odwrotną koncepcję. Bez głosów PiS konstytucji nie da się zmienić.
Szatański pomysł, który narodził się w kancelarii premiera, by w zamian za zgodę PiS na zmianę w konstytucji przedłużyć o rok lub dwa lata kadencję prezydenta Lecha Kaczyńskiego, oprotestowali politycy z kierownictwa klubu PO. Grzegorz Schetyna, a także jego zastępcy
Janusz Palikot i Sławomir Nowak - słusznie zresztą - uznali, że byłoby to kompletnie niezrozumiałe dla elektoratu PO. Zawierając alians z PiS, Platforma, która przez ostatnie cztery lata budowała swoją polityczną tożsamość na kontrze do PiS i braci Kaczyńskich, straciłaby wiarygodność. Zniechęciłaby do siebie też tę cześć elektoratu lewicy, która w 2007 r. przepłynęła do PO jako gwaranta odsunięcia PiS od władzy i w dużej mierze pomogła jej w zwycięstwie. Dlatego politycy z wierchuszki PO tak energicznie zapewniali wczoraj, że scenariusz przedłużenia kadencji Lecha Kaczyńskiego nie wchodzi w grę. Ale nie przedstawili żadnej kontroferty dla PiS. Bo jak słychać w PO - po prostu jej nie ma.
Wobec tego proponowany przez Donalda Tuska szybki kalendarz zmian w konstytucji jest nierealny. Debata będzie się toczyć, bo PO złoży wkrótce projekt zmian konstytucji opracowany wcześniej przez Konwersatorium "Doświadczenie i przyszłość" przy współpracy trzech byłych prezesów Trybunału Konstytucyjnego.
Dla Platformy zmiany w konstytucji to wygodny temat kampanii prezydenckiej. Pozwala przykryć realne problemy i pokazywać Tuska jako ponadpartyjnego męża stanu, który chce uporządkować ustrój i skończyć z politycznymi wojnami.
W PO mówi się też, że Tusk chce testować różne scenariusze, zanim ostatecznie zdecyduje, czy walczyć o prezydenturę. Co oznacza, że takich niespodziewanych "wrzutek" może być więcej.