Bartusiowi imię nadały pielęgniarki. To jedyny chłopczyk na oddziale preadopcyjnym szpitala położniczego im. Rydygiera w Łodzi. Jest spokojny, leży na brzuszku, ssie niebieski smoczek. - Dobrze, że nie ma pojęcia, jaka burza toczy się wokół niego - mówi dr Ewa Wiesetek-Bober, dyrektor szpitala.
Pod koniec października do szpitala przyjechała 35-letnia kobieta. Urodziła zdrowego syna. Po trzech dniach powiedziała lekarzom, że chce wyjść z dzieckiem ze szpitala. Ale nie wyszła.
Lekarze zaczęli podejrzewać, że kobieta podała fałszywe dane. Dlaczego? Bo mówiła, że jest w pierwszej ciąży, a z badań wynikało, że wcześniej już rodziła (miała bliznę po cesarskim cięciu). Nie miała też przy sobie dokumentu ze zdjęciem. Powiedziała, że dowód zgubiła. - Bez wyjaśnienia wątpliwości nie mogliśmy wypuścić jej z noworodkiem. Dla dobra dziecka - mówi dyrektor Wiesetek-Bober. - Zdecydowałam, że trzeba poinformować policję.
Policjanci ustalili, że matka Bartusia podała dane znajomej. Okazało się, że była to część wielomiesięcznego planu.
To historia jak z filmu. 35-latka samotnie wychowuje trójkę dzieci. Czwartego już nie chciała. Matką pragnęła zostać jej 34-letnia koleżanka, sąsiadka z kamienicy. I to jej dane matka Bartusia podawała podczas prywatnych wizyt u ginekologa, a później w szpitalu.
Sprawą zajmuje się łódzka prokuratura. - Na razie nie przedstawiliśmy żadnych zarzutów. Sprawdzamy, czy nie doszło do przestępstwa, czyli wyłudzenia poświadczenia nieprawdy w dokumentacji medycznej - mówi Krzysztof Kopania, rzecznik prokuratury.
Za takie przestępstwo grozi do trzech lat więzienia. Prokuratura ustali, czy biologiczna matka miała dostać pieniądze za urodzenie dziecka koleżance. Na razie nic na to nie wskazuje.
Dr Wiesetek-Bober: - Zrobiliśmy, co do nas należało. Ale muszę przyznać, że żal mi było obu kobiet. Musiały być bardzo zdesperowane, żeby posuwać się do oszustwa.
Sprawa Bartusia trafiła pod nadzór Archidiecezjalnego Ośrodka Adopcyjno-Opiekuńczego. - To historia niejednoznaczna. Trudno ocenić, czy plan obu pań to rzeczywiście troska o dziecko, czy też nieodpowiedzialność - mówi Anna Szolc-Kowalska, dyrektor ośrodka. Będziemy rozmawiać z matką chłopca. To, co zrobiła, nie jest jeszcze powodem do odebrania jej praw rodzicielskich.
Biologiczna matka złożyła w szpitalu oświadczenie, że zrzeka się opieki nad dzieckiem. Czas na zmianę decyzji ma do 10 grudnia - do tego czasu Bartuś zostanie w oddziale preadopcyjnym. Jeśli kobieta się nie wycofa, chłopiec zostanie oddany do adopcji.
Szolc-Kowalska mówi, że w tej historii można było uniknąć oszustwa. - Rozwiązaniem byłaby tzw. adopcja ze wskazaniem. Matka mogła wskazać koleżankę jako osobę, która zajmie się chłopcem. Najpierw sprawdzilibyśmy, czy wskazana osoba nadaje się na adopcyjną matkę, np. czy nie jest chora psychicznie, czy ma stałe źródło utrzymania.
I dodaje, że 34-latka, do której miał trafić chłopczyk, może nadal się ubiegać o opiekę nad nim. Wciąż możliwa jest adopcja ze wskazaniem. Z naszych ustaleń wynika, że 34-latka jest samotną rencistką z problemami zdrowotnymi. Po Bartusia przyszła do szpitala z nosidełkiem. Przygnębiona opowiadała policjantom, że dla chłopczyka przygotowała łóżeczko, ubranka i zabawki.
Źródło: Gazeta Wyborcza