Najbardziej monotonny rozdział książki robi największe wrażenie: prawie dwadzieścia stron lakonicznych wzmianek ułożonych według identycznego szablonu: data śledztwa, czas przesłuchania, przedmiot przesłuchania. W ciągu dwóch lat abp. Antoniego Baraniaka przesłuchiwano 145 razy. Czasem trwało to dwie godziny, czasem pięć, czasem nawet cały dzień. W raportach nieodmiennie przewijają się dwa nazwiska - kard. Augusta Hlonda i prymasa Stefana Wyszyńskiego. Wypytywano go na przykład o "powody kierujące kard. Hlondem, by na swego następcę zaproponować bp. Wyszyńskiego", o "Zakład w Laskach i kontakty z nim kard. Wyszyńskiego" czy o "pieniądze i dokumenty, które zostały po śmierci kard. Hlonda".
Dziś o abp. Baraniaku jest zupełnie cicho. Nawet w Kościele, gdy mowa o kapłanach niezłomnych, rzadko można usłyszeć jego nazwisko. Tymczasem, jak udowadnia bp Marek Jędraszewski w monumentalnej opartej na setkach dokumentów z archiwów kościelnych i państwowych biografii, jego rola dla Kościoła w latach 50. i 60. jest nie do przecenienia.
Prymasa Augusta Hlonda ks. Baraniak, świetnie wykształcony, niespełna trzydziestoletni salezjanin, poznaje w Rzymie w 1933 r., szybko zostaje jego osobistym sekretarzem.
Po wybuchu wojny prymas wyjeżdża z Polski. W Rzymie z pomocą ks. Baraniaka przygotowuje raporty, informacje radiowe, stara się, by z Rzymu płynął jak najbardziej precyzyjny opis sytuacji w Polsce. Po aresztowaniu w lutym 1944 r. prymasa Hlonda ks. Baraniak pracuje nad tym sam.
Po śmierci kard. Hlonda zostaje prawą ręką prymasa Wyszyńskiego, który dopuszcza go do najbardziej poufnych spraw Kościoła. "Był człowiekiem dyskretnym, raczej milczącym. W swej pracy precyzyjny. Dopiero w 1956 roku dowiedziałem się, kim posługiwał się Kardynał Prymas Hlond w tak delikatnej sprawie, jak prośba do Ojca Świętego o zlecenie opuszczonego stanowiska proponowanemu przez niego następcy" - wspomni Wyszyński podczas pogrzebu abp. Baraniaka.
W nocy z 25 na 26 września 1953 r., gdy prymasa Wyszyńskiego internowano, aresztowano też bp. Baraniaka. Po pierwszym przesłuchaniu wszczęto przeciwko niemu śledztwo o działalność antypaństwową. Wedle Jędraszewskiego przyczyny tego trudno znaleźć w protokole przesłuchania. Bp Baraniak nie mówił nic poza dobrze znanymi faktami, pytany o udział w działalności politycznej Episkopatu odpowiada, że "jej charakter był ograniczony", opowiada o przepisywaniu korespondencji, zawiadamianiu o audiencjach, najpierw u kard. Hlonda, potem u Wyszyńskiego. Gdyby na podstawie podobnych wypowiedzi chcieć oceniać innych hierarchów, za wrogów państwa należałoby uznać większość polskich biskupów.
Bezprawne posiadanie poszewki Za aresztowaniem Baraniaka krył się szerszy zamysł. Bp Jędraszewski dowodzi, że "jeśli chciano skutecznie uderzyć w
Kościół katolicki w Polsce, trzeba było uderzyć w bp. Baraniaka. I taką właśnie decyzję podjęto".
Niedobrze przysłużył mu się także bp Czesław Kaczmarek. Ten ordynariusz kielecki, od 1951 r. więziony i torturowany za rzekomą współpracę z nazistowskimi Niemcami i szpiegostwo na rzecz
USA, załamał się. Prawdopodobnie jednemu ze współwięźniów, który potem przekazał to organom śledczym, tak mówił o ks. Baraniaku: „On był w »najlepszej szkole « prymasa Hlonda, i to lat niemało. Nadaje się do utrzymywania kontaktów za granicą, ze światem dyplomatycznym różnymi drogami. Baraniak właśnie załatwia wszelkie »przesyłki « za granicę i na pewno robi to najlepiej. Jak stwierdził Kaczmarek, „przedstawia on dla Władz Bezpieczeństwa dużą wartość jako skoncentrowane urobienie wszystkich wiadomości, tajników, kontaktów i nie daj Boże, aby ten wpadł w jakąś kolizję z paragrafem i dostał się tu, na Mokotów, opowiadałby za całe ubiegłe 20-25 lat, przynajmniej przez dwa lata”. Tak zaczęła się gehenna ks. Baraniaka, wcale nie dwuletnia, jak przewidywał Kaczmarek. PRL-owskie władze nękały go praktycznie do końca życia.
Po wyjściu niewiele mówił o czasie uwięzienia. Tylko raz, będąc w Rzymie, opowiedział o tym kilku polskim księżom. Stąd wiadomo, że kiedy funkcjonariuszom nie udawało się wydusić z niego zeznań przeciwko prymasowi, zastosowano ciemnicę. Ks. Marian Banaszak zanotował jego wspomnienia: "Bez żadnej odzieży zamknięto go na kilka dni, chyba osiem czy nawet więcej, w takiej piwnicy bez okna, bardzo wilgotnej i gdzie była właśnie kapiąca woda z sufitu, ze ścian. I on tam bez jedzenia, bez niczego przebywał. Nie załamał się". Nie wspomniał o tym, że był bity. O licznych bliznach na jego plecach opowiedziała dopiero lekarka opiekująca się nim w czasie jego śmiertelnej choroby, od lata 1976 r. O jego złym stanie zdrowia poinformował po raz pierwszy współwięzień w grudniu 1953 r.
Rok później po alarmującym orzeczeniu lekarza szpitala więziennego zmienił celę na szpitalną salę, w której spędził około dziewięciu miesięcy. Śledztwo prowadzono w tym czasie z tą samą intensywnością.
Gdy już wyszedł ze szpitala, a pożądanych efektów śledztwa ciągle nie było, na rozmaite sposoby próbowano uprzykrzać mu życie, np. przez rewizję w celi. Po przeszukaniu został okrzyknięty złodziejem. Poszło o poszewkę, pilnik do otwierania ampułek i bandaż elastyczny. Na kolejnym przesłuchaniu musi odpowiadać na kuriozalne pytania w stylu: "Kiedy i w jakich okolicznościach wszedł bezprawnie w posiadanie rzeczy skarbowych".
Grał kancelistę Jędraszewski pisze, że Baraniak od początku obrał ryzykowną strategię, która nie polegała na zdecydowanym oporze. Czy dlatego, że miał w pamięci losy ks. Zygmunta Kaczyńskiego, redaktora "Tygodnika Warszawskiego"? Po śledztwie z torturami został ks. Kaczyński w 1951 r. skazany na 10 lat więzienia za "usiłowanie zmiany siłą władz i ustroju państwa". Zmarł w więzieniu dwa lata później. W Kościele już wtedy otaczał go nimb męczennika. Ale zdaniem Jędraszewskiego Baraniak odrzucił "drogę męczennika" nie z obawy o własne życie. Po jego śmierci w więzieniu niechybnie znalazłby się prymas Wyszyński, co mogło grozić scenariuszem węgierskim, gdzie po aresztowaniu kard. Mindszentyego Kościół został złamany i podporządkowany władzom. Baraniak postanowił zatem grać na zwłokę, przeciągać przesłuchania. "Będzie on grał rolę kancelisty, który bardzo dużo wie, budząc jednocześnie u swoich prześladowców jakieś złudzenia, iż być może kiedyś go wreszcie złamią i wycisną z niego oczekiwane nie tylko zeznania, ale i gotowość do publicznego oskarżenia zarówno kard. Hlonda, jak i prymasa Wyszyńskiego". Liczył się więc z tym, że będzie przesłuchiwany wiele razy i że będzie musiał szczególnie uważać na słowa, by nie rozjuszyć śledczych, a jednocześnie nie powiedzieć na dużo.
Jędraszewski podkreśla - wydaje się, słusznie - że udało mu się tą równowagę zachować. Może o tym świadczyć to, że w raportach ze śledztwa z sierpnia 1955 r. nie pojawia się nazwisko Wyszyńskiego czy wzmianka o przewodzeniu przez niego "reakcyjną częścią Episkopatu". Tymczasem we wcześniejszych "planach śledztwa" za cel postawiono "zebranie maksimum materiałów obciążających Wyszyńskiego i innych reakcyjnych kierowników Kościoła katolickiego w Polsce". Mniej więcej w tym samym czasie, gdy sporządzono "Raport dotyczący śledztwa w sprawie Baraniaka Antoniego", u przebywającego w Prudniku prymasa zjawił się przedstawiciel Urzędu Bezpieczeństwa i zaproponował złagodzenie warunków internowania: przeniesienie do klasztoru, w którym jednak cały czas miałby zakaz wystąpień publicznych. Prymas odmówił. Jędraszewski wizytę ubeka w Prudniku wiąże nie tyle z prośbą ówczesnego wskazanego przez komunistyczny rząd przewodniczącego Episkopatu bp. Michała Klepacza (Cyrankiewicz otrzymał ją kilka dni po tej wizycie), ile właśnie z postawą Baraniaka.
W grudniu 1955 r. wypuszczono bp. Baraniaka z więzienia i umieszczono w ośrodku salezjańskim w Marszałkach. Bp Klepacz zobowiązał się, że "zmienione warunki nie zostaną wykorzystane dla wystąpień przeciw Władzom Państwowym".