http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Dług prezydenta

Marcin Pietraszewski, Anna Malinowska
2009-11-26, ostatnia aktualizacja 2009-11-26 12:07

Od wtorku całe Zabrze gada: - Były prezydent mordercą. Przypalał faceta papierosem. Obciął mu ucho, poderżnął gardło i porzucił zwłoki w lesie. Hazardzista, nie mógł oddać długu. Taki dziadzio, a zabił. Wierzyć w to czy nie?

Prokurator jest pewien, że Jerzy G., były prezydent miasta, torturował, a potem zabił mężczyznę, od którego pożyczył ponad 240 tys. zł. Działał ze wspólnikami. Zamierzali zakopać ciało w lesie pod Będzinem, ale wystraszyła ich burza. Przykryli ciało gałęziami. Mieli wrócić, ale wcześniej znalazł je grzybiarz. 19 listopada prokurator podpisał nakaz zatrzymania Jerzego G. Sąd aresztował go na trzy miesiące.

- W tej sprawie nic nie jest oczywiste - twierdzą ludzie, którzy dobrze znają byłego prezydenta.

Drogi z partią się rozeszły

2002 rok. Ekipa Leszka Millera chce przejąć władzę w samorządach. W Zabrzu SLD jest słabe. Miastem rządzi prawicowy Roman Urbańczyk. Partii trudno znaleźć silnego kontrkandydata.

Jerzego G., dyrektora oddziału Polskiej Akademii Nauk, wykładowcę akademickiego oraz współwłaściciela świetnie prosperującej księgarni, wskazał Jan Chojnacki, były poseł SLD z Zabrza. - G. nie był członkiem naszej partii, ale znał języki obce, był doktorem, miał dobrą opinię - mówi.

Jerzy G. był też ostatnim pierwszym sekretarzem komitetu miejskiego PZPR w Zabrzu. Może więc to przesądziło sprawę?

Renata, żona G., nie chciała, by mąż wchodził w politykę: - Nie podobał mi się ten pomysł, ale Jurek zapalił się jak dziecko. Mówił, że ma misję do spełnienia. Chciał zmienić Zabrze na lepsze.

Przekonał ludzi obietnicą, że wyczyści miasto z sitwy Urbańczyka. W pierwszej turze wyborów ma drugi wynik w mieście, w drugiej z łatwością pokonuje Urbańczyka i zostaje prezydentem Zabrza.

Rezygnuje z remontu swojego gabinetu, przejmuje po starym prezydencie meblościankę w stylu późny Gierek, poobijane biurko i stół konferencyjny. Pierwszy kłania się kobietom, wstaje z miejsca, gdy do niego wchodzą, i czeka, aż pierwsze usiądą. Nie krzyczy, nie przeklina.

Pełen entuzjazmu. Walczy, żeby z autostrady A4 był zjazd do Zabrza, przekonuje Pocztę Polską, żeby zbudowała największą w kraju sortownię przesyłek, chce ratować Górnika Zabrze, klub legendę, który stoi na skraju przepaści.

Jerzemu G. pomagają dwaj zastępcy. Mieczysław Cupiał odpowiada za gospodarkę lokalową, a Jerzy Wereta, lokalny działacz SLD, przejmuje architekturę, geodezję i grunty. Urząd plotkuje, że to oni rządzą miastem, pilnują interesów partii, a Jerzy G. to marionetka.

Chojnacki: - To bzdura. Jerzy G. szybko się usamodzielnił, jego drogi z naszą partią się rozeszły.

Przystojny, ale dziwak

Jerzy G. ma zaniedbany dom po ojcu, niedaleko stadionu Górnika Zabrze. Ruina. Działkę bez przerwy zalewa woda. Decyduje się na remont. Wynajmuje fachowców, ale sam też pracuje na budowie. Swoim daewoo espero wozi worki z cementem, płytki, kleje, fugi. Tynkuje, maluje ściany. - Często przychodził do pracy z włosami wymazanymi gipsem albo w marynarce uwalonej cementem - mówią urzędnicy.

Pensja prezydenta to 12 tys. zł brutto. Na remont nie wystarcza. Bank przeciąga decyzję o kredycie. Jerzy G. pożycza drobne sumy w urzędzie i u znajomych. Pomaga mu Lech Frydrychowski. Młody, bo zaledwie trzydziestoletni syn jego dawnej wspólniczki. Dobrze się znają. Frydrychowski, jego matka i Jerzy G. prowadzili księgarnię w centrum Zabrza. Jeszcze gdy prezydentem był Urbańczyk, chcieli kupić od miasta całą kamienicę, w której działała księgarnia. Jerzy G. zaraz po wyborach zbył udziały w spółce z Frydrychowską, zgodził się też na wykup przez nią kamienicy. Frydrychowska ją sprzedała i teraz jest w niej bank.

O Frydrychowskim ludzie mówią: bezrobotny, ale z kasą. Nie szukał towarzystwa. Żadnych kolegów, z sąsiadami tylko dzień dobry. Zero imprez, zero pijaństwa. Perfekcyjnie zorganizowany. Punktualnie o 9 rano spacer z psem. Od 10 do południa siłownia (zawsze ten sam zestaw ćwiczeń).

W 2003 r. Frydrychowski pożycza Jerzemu G. 20 tys. zł, ma dostać aż 5 tys. zł odsetek. Spłaca co do grosza.

Mój mąż i hazard? Bzdura!

Na początku 2005 r. cały urząd już wie. Frydrychowski żąda od prezydenta zwrotu kolejnej pożyczki. Aż 246 tys. zł. Ma dowód - umowę z podpisem Jerzego G. Czy ktoś o zdrowych zmysłach godzi się na pięcioprocentowe odsetki w skali miesiąca?! Ale Jerzy G. podpisał. Z desperacji? A może nie wiedział, co podpisuje?

Z dnia na dzień traci serce do rządzenia. Nad niczym nie panuje, na długie godziny znika z pracy. Nie przychodzi na umówione spotkania, nie przegląda dokumentów, nie przyjmuje mieszkańców. Chaos.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 44 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    42 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':