Projekt zwalczający granie w sieci to "druga noga" wojny z hazardem wypowiedzianej przez rząd Donalda Tuska. Na podpis prezydenta czeka uchwalona przez parlament w ciągu trzech dni ustawa podwyższająca podatki od automatów, kasyn i zakładów bukmacherskich. Automaty stojące w barach i budkach na ulicach mają zniknąć w ciągu pięciu lat. W najbliższy wtorek rząd ma przyjąć i posłać do Sejmu drugi projekt ustawy - o walce z hazardem w sieci. Dziś w internecie gra kilkaset tysięcy Polaków. Można tam obstawiać wyniki meczów, pograć w pokera czy ruletkę. Niedawno rodak z Warszawy wygrał 1,2 mln zł w internetowym kasynie. Formalnie hazard w sieci jest zakazany już teraz, ale nie ma narzędzi do ścigania go. Organizują go zagraniczne firmy, z których część jest zarejestrowana w krajach UE - na Malcie, Gibraltarze czy w Wielkiej Brytanii. Polski rząd chce z nimi walczyć. Zgodnie z projektem dostawcy internetu, tacy jak TP SA czy Aster, będą mieli obowiązek blokowania stron internetowych, które wskażą im służby skarbowe,
ABW czy
policja. Za niezablokowanie strony na żądanie grozić będą surowe grzywny. Urząd Komunikacji Elektronicznej ma prowadzić rejestr stron zakazanych. Oprócz stron z hazardem znajdą się w nim także sieciowi pedofile i faszyści.
Legalni będą tylko internetowi bukmacherzy, ale muszą zarejestrować się w naszym kraju, płacić podatki i mieć domenę z rozszerzeniem .pl. Nowe obowiązki spadną też na banki - będą musiały informować o przelewach na konta firm e-hazardowych, a nawet je blokować.
Zanim projekt trafi do Sejmu, po przyjęciu przez rząd zostanie wysłany do Komisji Europejskiej, która sprawdzi, czy nie narusza on unijnej swobody przepływu usług i świadczenia ich drogą elektroniczną. Podobne problemy mają inne państwa UE, które chcą walczyć z hazardem w sieci. Wprawdzie dwa miesiące temu Europejski Trybunał Sprawiedliwości uznał, że
Portugalia może zakazać działalności internetowym bukmacherom, tyle że rząd w Lizbonie nie zdecydował się na blokowanie ich stron internetowych. Zadowolił się anulowaniem umowy reklamowej bukmachera z portugalską ekstraklasą.
Z opinii wysyłanych do projektu przez poszczególne resorty wynika, że blokowanie stron budzi ogromne wątpliwości. Najpoważniejsze ma UKIE. Pisze on m.in., że takie drastyczne środki unijne prawo przewiduje w przypadku "poważnych przestępstw", a nie wiadomo, czy nielegalny hazard się do nich zalicza. UKIE wytknął też rządowi, że wbrew unijnemu prawu zakłada, że internetowe firmy hazardowe będą podlegać prawu polskiemu. "Trudno będzie uzasadnić nadrzędnymi wymogami interesu publicznego konieczność wprowadzenia tego przepisu, który narusza traktatową swobodę świadczenia usług" - czytamy w piśmie UKIE. Największe cięgi zebrało jednak uzasadnienie projektu: "wymaga daleko idącego dopracowania, jest często niejasne i niezrozumiałe". UKIE sugeruje też, że takimi argumentami trudno będzie przekonać Brukselę.
Wątpliwości w sprawie skuteczności blokad ma Urząd Komunikacji Elektronicznej.
Prezes UKE Anna Streżyńska napisała, że wpis do indeksu stron zakazanych powinien być dokonywany na mocy wyroku sądu. Poza tym internauci łatwo obejdą blokady, a koszt ich wprowadzenia dla operatorów "będzie olbrzymi". Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów,
Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych, a nawet
MSWiA piszą zaś, że blokowanie stron może naruszać konstytucyjnie chronione swobody obywateli.
We wtorek późnym wieczorem spotkali się przedstawiciele kilku resortów, żeby uzgodnić stanowiska. Jeśli uda się to zrobić do wtorku, rząd będzie mógł przyjąć projekt i wysłać go do Brukseli.