Pilnie do sprzedania przepiękne ciche mieszkanie dwupokojowe na 12. piętrze przy ul. Królowej Marysieńki w Warszawie. Powierzchnia: 52,3 m kw. Rok budowy: 1985, po remoncie i wymianie instalacji. Duży balkon. Salon 20 m, pok. 12 m, łazienka 5 m, kuchnia 8 m. Liczniki wody. Klatka po remoncie. Na podłogach parkiet. Dookoła dużo zieleni i Pałac Wilanowski. Wygodny dojazd do centrum. W pobliżu sklepy spożywcze,
szkoła, apteka. Nieopodal nowa inwestycja dewelopera, lecz dużo większa cena. Parking strzeżony. Cena 487 tys. zł".
Takiej treści ogłoszenie umieściłam na jednym z popularnych portali nieruchomościowych. Opis
mieszkania zmyśliłam, a na sesję zdjęciową wybrałam się do znajomych. Kuchnia jest z Bemowa, pokój z Ursynowa, a klatka schodowa z Żoliborza. Jak się dobrze przyjrzeć, to widać, że okna w pokojach są białe, a w kuchni brązowe. Na podłodze raz jest mozaika, a raz panele. Każdy z pokoi ma balkon - jeden z niebieskimi, a drugi z zielonymi barierkami. Okna "mojego" mieszkania wychodzą na dwie strony świata i widać przez nie nowe budynki, niektóre jeszcze w budowie. Cenę ustaliłam rynkową. Nie była to superokazja, ale też żadna drożyzna. Dziewięć tysięcy złotych z groszami za metr kwadratowy to normalna stawka w Wilanowie.
Teraz musiałam zmienić tożsamość. Zostałam Katarzyną Kwiatkowską. Na portalu Gazeta.pl założyłam skrzynkę pocztową o wdzięcznym adresie kacha230689. Kupiłam starter z nowym numerem i gotowa na wszystko włączyłam telefon.
Sprzedać niewidzialne Pierwsza zadzwoniła Katarzyna Zbrzeźniak z Biura Nieruchomości Wigwam.
- Mieszkanie przy Królowej Marysieńki aktualne? - zapytała.
- Jak najbardziej - przytaknęłam.
- Czy mogę je zaproponować klientowi i umieścić w bazie danych? - ciągnęła.
- Proszę bardzo - chętnie się zgodziłam. - Może chce je pani obejrzeć?
- Szkoda fatygi - odparła pani Katarzyna. - Pani mi powie, jaki to numer bloku.
- Piętnaście. A może dokumenty mieszkania chce pani zobaczyć? - nie ustępowałam.
- Dopiero, jak się klient zdecyduje i powie, że jedziemy. Wtedy będę też chciała numer mieszkania. Ale jeszcze nie teraz - zakończyła stanowczo.
Dwa dni później na stronie biura Wigwam pojawiła się moja oferta. Tylko cena była inna. 494 tys. zł, czyli o 7 tys. zł drożej.
"Mam cię!" - pomyślałam. Zgodnie ze standardami zawodowymi pośrednik powinien spotkać się ze mną, podpisać umowę i obejrzeć nieruchomość oraz jej dokumenty, a nie oferować gruszki na wierzbie.
- Nazywam się Andrzej Kruszka. Jak gruszka tylko przez "k" - moje rozmyślania przerwał telefon. - Dzwonię z Agencji Metrohouse. Chcę pani pomóc w sprzedaży mieszkania. Współpracuje pani z agencjami w ogóle?
- Nie mam doświadczenia.
- Chętnie przybliżę nasze usługi, ale najpierw musimy się spotkać. Chciałbym obejrzeć pani mieszkanie, zrobić kilka zdjęć, przejrzeć dokumenty własności, narysować plan lokalu i dopiero wtedy ruszymy ze sprzedażą. Jesteśmy największym biurem nieruchomości w Polsce - pochwalił się pan Andrzej.
- Musimy się spotykać? - zaczęłam kręcić nosem.
- No niestety - pan Andrzej był nieugięty. - Muszę mieć pewność, że rozmawiam z właścicielką, a nie z przysłowiowym malarzem.
- Umowę też musimy podpisywać? - marudziłam.