http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Życie po kredycie

Renata Dąbrowska
2009-11-28, ostatnia aktualizacja 2009-11-24 16:03

Przez dwa lata fotografowałam rodzinę Reisów, którym bank zabrał dom


Fot. Renata Dąbrowska / Agencja Gazeta
Po raz pierwszy odwiedziłam Reisów zimą 2007 roku. W ich namiocie, bez wody i kanalizacji, było ciepło jak w domu, mimo że ściany i dach były zrobione z folii, styropianu i szmat. Gumoleum przykrywało zmarzniętą glinę. Ale nad wszystkim unosił się zapach pieczonego chleba i drewna palonego w westfalce. Pekaes do Piotrowa jedzie z Gdańska ponad godzinę, jednak żeby do nich dotrzeć, trzeba iść następne pół godziny przez las. Wykroty są takie, że karetka nie była w stanie dojechać do poranionego pana Henryka, kiedy spadł z drabiny. Ledwie udało się go uratować.

Elżbieta, matka pięciorga dzieci, pracowała w gospodarstwie. Mąż, Henryk, pracował w pegeerze, a później jako stróż na kolei. Kilka razy wyjeżdżał do Francji na budowy. Mieli konia, krowy, świnie, kozy i kury. Szło im dobrze, więc zaciągnęli kredyt. Skończyło się, gdy pan Henryk wrócił z zagranicy bez pieniędzy, oszukany przez pracodawcę. Bank z powodu niewypłacalności zajął budynki gospodarcze. Ziemię sprzedali, kupili za to działkę i pustaki. Na działce zamieszkali w namiocie, w drugim trzymali meble, w trzecim chowali kozy i świniaki. Konia i krowę musieli sprzedać.

Mieli tak żyć tylko do końca wakacji. Gdy ich poznałam przed Bożym Narodzeniem, upływał czwarty rok namiotowego życia. Na małym okienku wisiały choinkowe lampki, między nogami wiły się cztery jamniki. W "stołowym" - telewizor, lodówka i pralka, ledwie oświetlająca to wszystko żarówka. Prąd podciągnęli prowizorycznie od oddalonych o ponad kilometr zrujnowanych budynków gospodarczych. Efekt był taki, że kiedy ktoś włączał telewizor, światło lekko przygasało, a pralka Frania wysadzała korki.

Zaczęli budować dom. Kamienie Elżbieta Reis sama zbierała na polach. Pustaków wystarczyło, żeby postawić mury na parterze. Kiedy pieniądze się skończyły i zaczęło brakować materiału do budowy domu, pan Henryk spadł z drabiny tak nieszczęśliwie, że pękły mu jelita.

Wtedy nie wytrzymali, poprosili o pomoc. Dzięki TVP Gdańsk i "Gazecie Wyborczej" ludzie zaczęli przysyłać pieniądze, meble ("Cztery wersalki, sześć krzeseł, meble kuchenne aż z Krakowa, panele z jakie 200 metrów" - wspomina Elżbieta). Pomógł właściciel pobliskiego tartaku - postawił dach jeszcze przed świętami. Pomógł wójt.

Po roku wprowadzili się do swojego nowego domu, ale wciąż nie ma kanalizacji i centralnego ogrzewania. Staszek, najmłodszy syn, szykuje sobie pokój. Pani Elżbieta jest po operacji (sprawy kobiece) i nie może podjąć żadnej pracy. Jak mówi, żeby nie zwariować, chodzi na jagody - zawsze to jakiś pieniądz. Pan Henryk czasami w lesie koruje drzewa i pali gałęzie. Praca niestała i kiepsko płatna, a on do tego nie może dźwigać. Musi pracować na miejscu, bo nie ma czym dojechać do jakiejś większej miejscowości. Zajął się hodowlą macior. - Chciałbym mieć dziesięć macior, ale byłbym zadowolony - marzy.

Źródło: Duży Format
  • 11 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    45 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':