http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Moja męskość in vitro

Rozmawiała Katarzyna Wiśniewska
2009-11-24, ostatnia aktualizacja 2009-11-24 13:07

- Starania o dziecko scementowały nasz związek. In vitro to nie jest bezmyślny pęd do posiadania potomstwa - mówi przyszły ojciec dzieci z probówki, który pisze o tym blog

Laboratorium, w którym dokonuje się zapłodnienia in vitro
Fot. Rafał Mielnik / AG
Laboratorium, w którym dokonuje się zapłodnienia in vitro
Rozmowa z Markiem Michalskim twórcą dziecifrankensteina.blogspot.com

Katarzyna Wiśniewska: Kiedy urodzą się dzieci Frankensteina?

Marek Michalski: Najprawdopodobniej w drugiej połowie grudnia. Dwie dziewczynki poczęte metodą in vitro.

Blog "Dzieci Frankensteina", w którym komentuje pan m.in. spory polityczne i kościelne o in vitro, to prowokacja? Założył go pan, gdy bp Pieronek stwierdził: "Czymże jest literackie wyobrażenie Frankensteina, czyli istoty powołanej do życia wbrew naturze, jak nie pierwowzorem in vitro".

- Trochę prowokacja, a trochę odpowiedź na polską dyskusję o in vitro, która toczy się na dość niskim poziomie. Wypowiedź bp. Pieronka mnie nie dotknęła, raczej rozbawiła, chociaż był to śmiech przez łzy. Po kilku dniach blogowania miałem już kilkaset wejść na stronę.

Ciekawe jest również to, że kiedy zaczęliśmy otwarcie mówić o naszych problemach, wiele osób z naszego otoczenia się "odblokowało". Nagle okazało się, że wśród najbliższych znajomych są pary, które mają podobne problemy jak my. Dotarło do nas, jaki to poważny problemem cywilizacyjny.

Jest pan katolikiem?

- Zostałem wychowany w wierze katolickiej, choć teraz uważam siebie za osobę niewierzącą.

Co pan sądzi o zarzutach Kościoła wobec in vitro? Na przykład, że dziecko powinno począć się z miłosnego aktu rodziców.

- Pod względem etycznym nie widzę różnicy między zapłodnieniem sztucznym a naturalnym. Tak samo jak obojętne by mi było, czy doszłoby do niego na łonie natury, czy w zaciszu domowym. Co innego od strony emocjonalnej: procedura in vitro nie jest komfortowa dla przyszłych rodziców. Nie tylko dla kobiet, także wielu mężczyzn ma z tym problemy. Pokutuje stereotyp, że facet ma być dawcą materiału genetycznego najwyższej jakości, a gdy coś jest nie tak, cała jego męskość legnie w gruzach.

W programie prowadzonym przez publicystów katolickich słyszałam wypowiedź mężczyzny, który przeszedł przez in vitro. Stwierdził, że to uwłacza męskiej godności. Co pan na to?

- Kompletnie się z tym nie zgadzam. Starania o dziecko scementowały nasz związek, spowodowały, że dojrzeliśmy do rodzicielstwa. Sama procedura in vitro przebiegała raczej spokojnie. Ale wcześniej przeszliśmy przez leczenie farmakologiczne: w przypadku żony udrażnianie jajowodów, u mnie wielokrotne badanie nasienia. Nie jest łatwe iść do ciemnych pomieszczeń, żeby pozyskiwać swój materiał genetyczny. Zwłaszcza w placówkach publicznej służby zdrowia, gdy jakaś pani krzyczy na cały korytarz: "Jadźka, pan materiał przyniósł!". Gdy rozpoczęła się procedura in vitro, robiliśmy wszystko, żeby się odstresować: spacery, bieganie.

Trudności emocjonalne, stres - dla przeciwników in vitro to argument dyskwalifikujący tę metodę.

- Ja tak nie uważam. Osobom, które nie miały podobnych problemów, trudno zrozumieć te ogromne emocje. I nie jest to żaden bezmyślny pęd do posiadania potomstwa, jak twierdzą niektórzy.

Biskupi napisali niedawno w liście do rodzin, że in vitro to przejaw konsumpcjonizmu.

- Mówi się o in vitro jak o masowej produkcji dzieci. Tymczasem my poważnie myśleliśmy także o adopcji. Mieliśmy świadomość, że ze względów finansowych mamy przed sobą tylko jedną próbę in vitro.

A co z mrożeniem zarodków? Zdaniem Kościoła in vitro prowadzi często do śmierci nienarodzonych dzieci.

- Zamrożone zarodki w środowisku nazywane są pieszczotliwie "mrozaczkami", co najlepiej świadczy o emocjonalnym związku z nimi. Nadliczbowe zarodki jedni rodzice chcą przekazać parom, które nie mogą mieć własnych, inni wykorzystują każdy zarodek. Zdaję sobie sprawę z wielu dylematów z tym związanych, na pewno jest to temat do dyskusji. Ale naukowej, merytorycznej, nie ideologicznej.

Decyzja o in vitro była wspólna, czy to żona pana przekonała?

- Od początku byliśmy zgodni. Przyznam, że na naszą decyzję wpłynęła też sytuacja polityczna. Gdy się okazało, że jeden z projektów złożonych w Sejmie zakłada penalizację in vitro, usłyszeliśmy o wielkich kolejkach w klinikach - każdy chciał zdążyć przed ustawą. Okazało się to nadmuchane, ale i tak uznaliśmy, że nie będziemy czekać.

Powie pan dzieciom, że są z in vitro?

- Jeżeli rodzice mówią o tym dziecku spokojnie, bez sensacji, to nie widzę problemu. Ja na pewno nie zamierzam tego ukrywać. Wiem, że niektórzy wieszają nawet nad dziecięcymi łóżkami zdjęcia z poczęcia in vitro zrobione pod mikroskopem. Kilka lat temu dzieci z in vitro też się rodziły i nie budziło to takich emocji jak teraz.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    19 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':