Komisja śledcza ds. afery hazardowej została powołana w trybie ekspresowym po ujawnieniu w październiku prób lobbingu biznesmenów hazardowych u polityków PO. Komisja zebrała się dotychczas cztery razy. Każde z tych posiedzeń co rusz zamieniało się w potyczki opozycji z koalicyjną większością o każdy praktycznie drobiazg. Szef komisji Mirosław Sekuła z PO, były prezes
NIK, jak na razie nie zdobył sobie uznania obserwatorów i dziennikarzy. Zdziwienie budzi sposób w jaki ustala kolejność zadawania pytań przez członków (najpierw propozycja, by każdy z posłów zadał po jednym, potem, że każdy ma pięć minut na przepytanie), krytykę wywołało zaproszenie przed komisje pani wiceminister finansów, która odczytała powszechnie dostępne informacje o wpływach z branży hazardowej itd.
Czy w tej sytuacji komisji uda się zakończyć prace do końca lutego? Jak Mirosław Sekuła chce z wybrnąć z konfliktu wewnątrz komisji?
Agata Kondzińska, wyborcza.pl: Interesuje pana kto uprzedził biznesmenów od hazardu, że służby się nimi zajmują? Mirosław Sekuła, przewodniczący komisji śledczej ds. hazardowego lobby: Nie tyle mnie to interesuje, ile komisja musi zbadać tzw. sprawę przecieków. Czy doszło do złamania ustawy o ochronie informacji niejawnych. Z doniesień medialnych wiemy, że informacje w prasie pojawiły się w szerszym zakresie, niż te, które szef CBA
Mariusz Kamiński przekazał kilkunastu osobom w państwie. A to znaczy, że być może było kilka przecieków.
Czyli wezwiecie dziennikarzy na świadków? - Myślę, że bez współpracy z dziennikarzami tych spraw się nie da wyjaśnić. Niech nam powiedzą, co wiedzą.
Dziennikarze napisali, co wiedzą. - Przecież zawsze materiału zbiera się znacznie więcej, niż potem go publikuje. Jeśli więc wystąpimy do dziennikarzy, to zakładam, że się podzielą z nami tym co się nie zmieściło w gazecie, albo czego napisać nie mogli. Ale eksperci muszą powiedzieć czy nie wykroczymy tu poza nasze uprawnienia.
A są już eksperci? - Niestety. Jestem zdziwiony i zaniepokojony, że żaden z posłów nie był w stanie ich zgłosić. Sam poprosiłem trzy osoby. Dwie od razu odmówiły. A trzecia powiedziała, że się zastanowi i po dwóch dniach też odmówiła.
Dlaczego? - Jest jakiś duży strach przed pracą w tej komisji, przed stawaniem przed nią. Nie wiem z czego to wynika. Podejrzewam, że jest duża obawa, że osoby, które biorą udział w tym przedsięwzięciu, będą miały piętno osób związanych z hazardem. I potem będzie tak jak w dowcipie o Kowalskim, co nie wiadomo czy mu ukradli zegarek czy on ukradł zegarek, ale na pewno był zamieszany w kradzież zegarka.
Bez ekspertów będzie ciężko. Prowadzę konsultacje z następnymi.
A certyfikaty już są? - Normalna procedura uzyskiwania certyfikatów dostępu do informacji niejawnej z klauzulą ściśle tajne trwa około trzech miesięcy, procedura szybsza to półtora miesiąca. W naszym przypadku mogłaby być procedura superszybka - czyli minimum cztery tygodnie.
Czyli bez certyfikatów nie przeczytacie akt, które Mariusz Kamiński przekazał premierowi. - Tego nie przeczytamy. Ani tego, co było w przeciekach. Bo musimy przeczytać dokumenty CBA,
ABW i pewnie
CBŚ a także Kancelarii Premiera. Poza tym będziemy musieli się zapoznać ze stenogramami z podsłuchów, czyli działalności operacyjnej służb.
Ale do tego, co jest głównym celem komisji, czyli zbadanie procesu legislacyjnego, certyfikaty nie są potrzebne.
A głównym celem jest tylko proces legislacyjny czy też to, że ktoś próbował wywierać naciski przy tworzeniu prawa? - Artykuł pierwszy uchwały o powołaniu komisji mówi o zbadaniu procesu legislacyjnego. Bo z punktu widzenia interesu państwa istotne jest to, jak jest tworzone prawo. Jaki jest mechanizm.