To, że symbole religijne są obecne w życiu publicznym, nie razi mnie. Bardziej martwi mnie fakt, że dzieci mogą postrzegać swoją przynależność do Kościoła jako opłacalną, bo premiowaną przez system edukacyjny.
Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu orzekł, że krzyże w klasach szkolnych naruszają "prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami" oraz wolność religijną uczniów. To nie oznacza zakazu wieszania krzyży w klasach. Chodzi o to, by każdy mógł zaprotestować przeciwko obecności krzyża, jeżeli to rani jego uczucia religijne lub jest niezgodne z jego poglądami. Takie uczucia zasługują na szacunek i należy je respektować. Jeśli ktoś czułby się urażony z powodu krzyża, można rzecz rozwiązać na zasadzie rozmowy i kompromisu. Może wyjściem z sytuacji będzie miejsce w szkole poświęcone innym wyznaniom? Możliwości może być sporo. Na pewno katolicy nie mogą - jak słusznie zauważył Tadeusz Bartoś w piątkowej "Gazecie" - traktować walki o krzyż w kategoriach poszerzania swoich wpływów.
Bartoś przywołuje postawę Jezusa, który był "cichy i pokornego serca".
Ale też martwiłby mnie postulat, by zlaicyzować naszą sferę publiczną do granic możliwości. I to nie tylko dlatego, że należę do Kościoła katolickiego. Religia chrześcijańska jest tak mocno związana z naszą kulturą i historią, że uciekanie od tych korzeni mogłoby przybrać formy groteskowe. Czy chcemy, aby w telewizji publicznej zaprzestano puszczania kolęd na rzecz piosenek o dzwoneczkach u sań? Bo kolędy mogły by kogoś urazić? Czy zacznie nas razić fakt, że religijne święta Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy mają legitymację państwową, bo mamy wtedy dni wolne? Czy to nie jest naruszenie laickości państwa? Oczywiście jest, ale jest też związane ściśle z naszą spuścizną kulturową. Wiele osób niewierzących ma tego świadomość, dlatego nie protestuje przeciwko symbolom religijnym w miejscach publicznych.
Dla mnie o wiele gorszym zagrożeniem niż obecność krzyża jest zasada, że państwo opłaca katechetów, a nie ma zupełnie wpływu na poziom tych lekcji. Zdarza się, że katecheta szerzy zabobony, a dyrektor szkoły i rodzice są bezradni, bo o wyborze osoby prowadzącej lekcje religii decyduje proboszcz. Ponadto religia nie powinna być wliczana do średniej na świadectwie. Złym pomysłem jest forsowanie religii jako jednego z przedmiotów, który można zdawać na maturze. I to nie tylko ze względu na to, iż narusza to zasadę rozdziału państwa od Kościoła, dyskryminuje dzieci niewierzące. Te zasady przynoszą fatalne skutki dla samego Kościoła. Oto dzieci będą uczyły się koniunkturalizmu. Opłaca się być katolikiem, bo można poprawić sobie średnią. W praktyce wiadomo bowiem, że z religii łatwiej jest otrzymać dobry stopień niż w przypadku innych przedmiotów. Wielu katechetów (nie wszyscy) premiuje nie tylko wiedzę o Piśmie św., ale także uczestnictwo w praktykach religijnych. Okaże się nagle, że wpadliśmy z deszczu pod rynnę: w PRL przynależność do Kościoła była przeszkodą w robieniu kariery, w wolnej Polsce - przynależność do Kościoła będzie po prostu opłacalna. Młodzi ludzie, zamiast kierować się szczerą chęcią uczestnictwa w tej wspólnocie religijnej, będą kalkulowali, na ile jest to dla nich korzystne. Czy o taką wspólnotę koniunkturalistów chodzi Kościołowi?
Dlatego osobom innych wyznań i niewierzącym proponuję namysł, co w życiu publicznym jest rzeczywistą dyskryminacją, a co jedynie akceptacją i tolerancją wobec różnych religii, także katolickiej, i kulturowych korzeni, których nie warto niszczyć tylko dlatego, że są związane z chrześcijaństwem.