Zmiany proponowane przez premiera wydają się sensowne. Trudno rządzić, gdy nie wystarczają wygrane wybory. Premier, spodziewając się weta, musi liczyć aż na trzy piąte głosów w Sejmie. Ograniczenie prezydenckiego weta jest potrzebne.
Ma również sens osłabienie możliwości blokowania przez prezydenta umów międzynarodowych. Nie stać Polski na dwie polityki zagraniczne.
Słuszne jest odebranie prezydentowi prawa wyboru i nominacji szefa sztabu generalnego oraz dowódców rodzajów wojsk, bo państwu szkodzi sytuacja, gdy najwyżsi oficerowie podlegają ministrowi obrony, ale ich awans zależy od prezydenta.
Czy prezydent - pozbawiony tych uprawnień - powinien mieć mandat z wyborów bezpośrednich? Czy nie lepiej, by wybierało go Zgromadzenie Narodowe? To pytania zasadne.
Jednak galopujące tempo - plan, by już jesienią 2010 r. prezydenta wybrało Zgromadzenie Narodowe - budzi sprzeciw. Bo przy obecnym składzie Sejmu i Senatu prezydentem zostałby bez trudu sam
Donald Tusk. Uczciwiej byłoby, gdyby programem Tuska i PO w wyborach prezydenckich było ograniczenie władzy prezydenta (nawet gdy zostanie nim Tusk), ale od następnej kadencji, czyli od 2015 r.
Konstytucje pisane "pod kogoś" to fatalna tradycja. Przed wojną konstytucję pisano przeciw Piłsudskiemu, a potem dla niego. W III RP najpierw ją nowelizowano dla Wałęsy, a potem pisano ją przeciw niemu.
Rodzi się podejrzenie, że Tusk również pisze konstytucję "pod siebie". Jeśli będą szanse na wzmocnienie premiera, pozostanie premierem. Jeśli się nie uda, wystartuje na prezydenta.