Paweł Wroński: Jak pan się zapatruje na propozycję Donalda Tuska, by wzmocnić władzę premiera i ograniczyć uprawnienia prezydenta? Dr Jarosław Flis, politolog UJ: Sama propozycja likwidacji dualizmu władzy wykonawczej w Polsce jest bliska memu sercu. Kiedyś napisałem, że w obecnym systemie jedynym sposobem zapewnienia spójności władzy wykonawczej jest wprowadzenie przepisu, że kandydat na prezydenta ma brata bliźniaka, który jest premierem.
Osią projektu osłabienia władzy prezydenta jest pomysł, aby zlikwidować weto. - I to chyba rozsądnie. Można wprowadzić system francuski. Tam weto prezydenckie służy raczej odroczeniu sprawy, ponownemu przemyśleniu. Poza tym polska praktyka wskazuje, że prezydent wetuje niemal wyłącznie ustawy proponowane przez rząd wywodzący się z innego obozu politycznego. Czyli ta instytucja zdaje się funkcjonować tylko na czas, gdy prezydent jest w opozycji do rządu. Może w takim razie zagwarantować w konstytucji to, że prezydentem musi być lider opozycji?
Kolejne radykalne rozwiązanie to pomysł zlikwidowania bezpośrednich wyborów prezydenckich. - To też rozsądna propozycja. Od lat staram się wykazać absurdalność sytuacji, gdy w najbardziej antagonizującej procedurze, jaką są wybory prezydenckie, wybiera się kogoś, kto zgodnie z tradycją ma być arbitrem i stać ponad politycznymi podziałami.
Spójrzmy zresztą na przyszłoroczne wybory prezydenckie. Zapewne będą się w nich ścierali urzędujący premier z liderem opozycji, którym jest urzędujący prezydent. Tylko że prezydent, będąc przedstawicielem opozycji, jest równocześnie częścią władzy wykonawczej. Formalnie współrządzi. To jest skala absurdu, do której przywykliśmy, i tylko z tego powodu codziennie się z tego nie śmiejemy. Ale ten stan uwiera wszystkich.
Chyba nie prezydenta Lecha Kaczyńskiego? - Sądzę, że jego też. Zastanówmy się, jaki pozytywny scenariusz wyborczy może przedstawić obecnie
Lech Kaczyński? To, że
Donald Tusk jest jeszcze gorszym kandydatem niż on? Zastanówmy się, co osiągnie Lech Kaczyński, gdyby jednak, mimo wszystko, udało mu się zostać prezydentem? Nic się nie zmieni, bo jako premier rządziłby Donald Tusk. Zmiany nastąpiłyby dopiero wtedy, gdyby
PiS pół roku, rok później wygrał wybory.
Wbrew pozorom to, co zaproponował Tusk, nie jest takie złe z punktu widzenia PiS. Bo celem PiS jest wygrana w wyborach parlamentarnych 2011 r. Jeśli rzeczywiście tak by się stało, a konstytucja pozostałaby niezmieniona, to prawdopodobnie PiS miałby nad głową prezydenta Donalda Tuska. On robiłby dokładnie to samo, co dziś robi Kaczyński, czyli by wetował ustawy lub wysyłał je do Trybunału Konstytucyjnego. Sytuacja PiS wyglądałaby zupełnie inaczej, gdyby prerogatywy prezydenta zostały pomniejszone.
Czyli ten pomysł ma jakieś szanse wejścia w życie? - Na to potrzeba byłoby cudu, choć cuda w polityce się zdarzają. Pomijając krótki czas na przepchnięcie tych zmian, należy zwrócić uwagę, że w propozycjach premiera jest kilka czynników, które kreują silnych wrogów tego projektu. Na przykład pomysł, aby ograniczyć liczebność Sejmu.
Oficjalnie nikt nie będzie się przeciwko temu wypowiadał, ale czym innym jest ograniczenie liczby posłów z punktu widzenia wielkiego klubu, jakim jest PO, a co innego, gdy chodzi o klub mały - jak
PSL. Druga sprawa to pozycja Senatu.
Teraz rola Senatu sprawdza się do wprowadzania poprawek. To absurd. - Zgadzam się - absurd. Ale nie jest to absurd tak politycznie dolegliwy dla kraju jak dysfunkcja władzy wykonawczej. Natomiast próba zmiany systemu wyborów do Senatu może spowodować, że senatorzy w ogóle zablokują zmianę konstytucji.
Jak Polacy przyjmą to, że prezydent nie byłby wybierany w wyborach powszechnych? - To jest kolejny problem, bo Polacy lubią wybory prezydenckie. Jest jednak sposób, aby temu zaradzić. Na przykład w Niemczech podczas wyborów parlamentarnych głosując na partię właściwie wskazuje się kanclerza.
W Polsce też możemy zamienić powszechne wybory prezydenckie na wybory partii, ale i przyszłego premiera.
W gruncie rzeczy taką rolę w ostatnich wyborach parlamentarnych pełniła warszawska "jedynka". Wizerunkami Tuska i Kaczyńskiego obwieszona była cała Polska, choć głosowała na nich tylko Warszawa. Skoro Polacy kochają wybierać prezydenta, niech wybierają premiera. To bardziej sensowne, bo premier ma większe uprawnienia.