http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Sobie bratem

Jacek Żakowski
2009-11-23, ostatnia aktualizacja 2009-11-22 19:50

Kiedy zwycięstwo Braci wisiało w powietrzu, PO powtarzała, że cała władza nie powinna iść w jedne ręce. Była przekonująca. Teraz lider tej samej PO przekonuje nas, że cała władza powinna pójść w jedne ręce.

Jacek Żakowski
fot.
Jacek Żakowski
Cztery lata temu słyszeliśmy od polityków PO, że fundamentem demokracji jest system wzajemnej kontroli, równowagi i powstrzymywania między organami państwa. Teraz premier Tusk przekonuje nas, że od powstrzymywania, kontroli i równowagi ważniejsza jest sprawność państwa.

Przy dobrej woli można te dwa stanowiska pogodzić. Ale nie wyobrażam sobie racjonalnej logiki, która pogodziłaby je z postulatem likwidacji lub osłabienia prezydenckiego weta.

Prezydent zajmuje w Polsce pozycję szczególną. Nie dlatego, że ma silny mandat z wyborów powszechnych i słabe kompetencji, ale dlatego, że w sposób niejasny łączy atrybuty władzy wykonawczej i ustawodawczej. Reprezentując RP, stojąc na straży, będąc zwierzchnikiem, mianując i powołując, jest częścią władzy wykonawczej. Podpisując, wetując, inicjując ustawy, jest częścią władzy ustawodawczej.

Jako część władzy wykonawczej urząd prezydencki skrojony jest ryzykownie, co pokazały ośmieszające państwo awantury krzesełkowo-samolotowe i obniżające nasz prestiż ambasady pracujące miesiącami bez ambasadorów. Władza wykonawcza musi być sprawna i efektywna. A prezydent ma kompetencje, które tę efektywność zmniejszają. Odmawiając mianowania wskazanych przez rząd ambasadorów, może sparaliżować ważne przedsięwzięcia dyplomatyczne. Biorąc na przekór rządowi udział w spotkaniach międzynarodowych, może utrudnić osiągnięcie ważnych dla kraju celów, z którymi się nie zgadza. Opóźniając ratyfikację umów międzynarodowych, może szkodzić opinii o Polsce i planom rządu. Promując jednych generałów, a innych trzymając w zamrażarce, może utrudniać cywilną kontrolę nad armią lub jej reformę. Podobnie jest z sędziami i profesorami.

Konstytucyjna dezintegracja władzy wykonawczej bywa szkodliwa dla państwa. Pokazał to los traktatu lizbońskiego. Doświadczenie wskazuje, że wykonawcze kompetencje prezydenta powinny być ograniczone i uregulowane z największą precyzją. Konstytucja powinna wyraźnie mówić, że pod rygorem złożenia z urzędu prezydent ma np. 14 dni na podpisanie ratyfikowanego w parlamencie traktatu, że w rozmowach międzynarodowych występuje tylko na prośbę rządu i reprezentuje tylko jego stanowisko, że wnioskowanych przez rząd nominacji dokonuje najdalej w ciągu miesiąca itp. W sprawach władzy wykonawczej prezydent powinien pełnić funkcję dekoracyjną bądź pomocniczą.

Rola prezydenckiego weta jest inna. Weto wyrasta z poglądu, że systemu demokratycznego nie wolno sprowadzać do dyktatury większości. Zdobycie przez jakąś grupę większości w parlamencie nie powinno jej upoważniać do jednostronnego narzucania istotnych zmian w prawie. O ile władza wykonawcza powinna być skuteczna i operatywna, o tyle władza ustawodawcza powinna być przede wszystkim roztropna, refleksyjna i konsensualna, przynajmniej na tyle, by zapewnić trwałość przyjmowanego prawa.

Nie ma wielkiego sensu stanowienie prawa, które zostanie zmienione niezwłocznie po następnych wyborach. Gdy prezydent i koalicja rządząca należą do innych obozów, brak weta oznacza, że także opozycja ogólnie akceptuje przyjęte rozwiązanie, co chroni kraj przed uchwalaniem nietrwałych przepisów.

Doświadczenie wskazuje też na inny sens powszechnych wyborów prezydenckich, rozbieżnych kadencji głowy państwa oraz parlamentu i silnego prezydenckiego weta. Chodzi o radykalizację i populizację partii opozycyjnych, które z reguły tworzą nieodpowiedzialne programy. W pierwszym roku każda nowa władza ma tendencję do forsowania nieprzemyślanych, stworzonych w opozycji rozwiązań, których wdrożenie stworzyłoby nieobliczalne problemy. Prezydenckie weto jest wówczas hamulcem bezpieczeństwa chroniącym interes publiczny przed nadmiernym reformatorskim entuzjazmem zwycięzców.

Nie tylko władza Braci, ale też uchwalone w tej kadencji i na szczęście skutecznie zawetowane ustawy o telewizji czy służbie zdrowia pokazały, co nam grozi, gdy takiego hamulca zabraknie. Dlatego trudno mi zrozumieć zapał premiera, by ten hamulec usunąć i całą, nieograniczoną władzę oddać w ręce chwilowej sejmowej większości wybierającej nie tylko rząd, lecz także prezydenta. Znaczyłoby to przecież, że lider większości nie tylko kierowałby rządem, lecz uzyskiwałby władzę niemal dyktatorską, bo kontrolując urząd prezydencki, premier faktycznie sam byłby sobie konstytucyjnym bratem.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 27 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    46 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':