http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Prosektorium ma otwarte drzwi

Małgorzata Kolińska-Dąbrowska
2009-11-21, ostatnia aktualizacja 2009-11-21 15:14

W ubiegłym tygodniu opublikowaliśmy list czytelniczki "Zakład Bezczeszczenia Zmarłych" ("Gazeta" 14-15 listopada 2009), w którym opisała swoje traumatyczne przeżycia w warszawskim Zakładzie Medycyny Sądowej

Zakład Medycyny Sądowej przy ul. Oczki
Fot. Wideo gazeta.pl
Zakład Medycyny Sądowej przy ul. Oczki
Zakład Medycyny Sądowej, Warszawa, ul. Oczki
Zakład Medycyny Sądowej, Warszawa, ul. Oczki
„Przyszliśmy po ciało mego syna. Zostaliśmy obrażeni, urażeni, zbezczeszczeni, pozbawieni godności, zlekceważeni i odarci ze wszystkiego. Doniosła, niepowtarzalna chwila zamieniła się w koszmar. (...) »Okazanie « przeprowadzał zaniedbany mężczyzna z papierosem w ustach. Ruszył w stronę jednej z trumien. Z papierosem. Patrzymy skamieniali. W głowie kołacze mi tylko jedna myśl: „On tego nie zrobi z tym papierosem!”. A jednak robi. Dmucha dymem nad ciałem. Patrzy na nas i mówi: „No, jest”. (...) Nie wierzę, że nikt (rektor uczelni, RPO, prokuratura) nie zdaje sobie sprawy z opisanego przeze mnie procederu! Wiem, że wymienione osoby i instytucje nie zrobią nic. Problem dotyczy zmarłych, a ci nie stanowią już elektoratu. Cała moja nadzieja w »Gazecie «. Jestem to winna pamięci Syna” - napisała.

Pojechaliśmy do prosektorium Zakładu Medycyny Sądowej przy ul. Oczki zobaczyć wszystko na własne oczy. Ruch zaczął się po godz. 9. Na czarno ubrani ludzie nieśmiało wchodzą na zaniedbany dziedziniec. Stają pod obskurnymi drewnianymi drzwiami. Mimo że na ścianie jest dzwonek, by wezwać pracownika prosektorium, można tam spokojnie wejść, drzwi są otwarte. Po obu stronach korytarza są dwa małe, zaniedbane pomieszczenia wyłożone zielonymi kafelkami. W tym po lewej stoją dwie zamknięte trumny i kilka zrobionych z desek stojaków. Unosi się mdlący zapach. Dobrze, że z podwórka, przez otwarte drzwi, wpada trochę zimnego powietrza. Nie wiem, czy latem daje się tu wytrzymać. W takich warunkach rodzina dokonuje rozpoznania zmarłego.

Zjawia się pracownik prosektorium, który załatwia formalności. Młody człowiek ubrany z jaskrawoszafirowy strój roboczy dobiera dokumenty, rozmawia z rodziną i pracownikami firm pogrzebowych. Jest grzeczny i sprawny.

Przyjeżdża karawan, rodzina ma tylko kilka chwil, bo za drzwiami czekają następni. Gdy wynoszą trumnę, w środku kolejna rodzina już identyfikuje bliskiego. Żadnej poczekalni, miejsca, by usiąść. Tylko na zewnątrz parkowa ławka.

- Tu jest taśmowa robota - mówi kierowca jednego z karawanów, który właśnie przyjechał. - Nic się tu nie zmieniło od dwudziestu lat.

Jego kolega dodaje: - W szpitalnych prosektoriach to jest Europa. Ale szpitale mają umowy z zakładami pogrzebowymi i to one o wszystko dbają. Robili tu jakiś remont na początku roku, ale wewnątrz, dla pracowników, nie tu, gdzie przychodzą rodziny. Najgorzej, gdy ktoś chce sam ubrać zmarłego - trzeba to zrobić w jednym z tych dwóch pomieszczeń. Szkoda gadać.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':