Ja bym bardzo chciał, żeby dla wszystkich ludzi krzyż znaczył to co dla mnie - żeby dla każdego był znakiem heroicznej miłości bliźniego, symbolem ogólnoludzkim, najgłębiej humanistycznym. Ale przyjmuję do wiadomości, że dla wielu ludzi jest to tylko znak konfesyjny, i to Kościoła, który niejednemu kojarzy się, mówiąc syntetycznie, raczej z potęgą niż z pokorą.
W tym stanie rzeczy daleki jestem od waleczności. Nie walki tu bowiem trzeba, tylko dogadywania się, kompromisu. Wydaje mi się w ogóle, że co jak co, ale ten znak z istoty swej walkę wyklucza. Kilkanaście lat temu toczyła się opodal dawnego obozu w Auschwitz, na tzw. żwirowisku, mała wojna o stojący tam krzyż, którego widok ranił niektórych Żydów, a niektórych Polaków skłaniał do jego obrony przez stawianie tam dalszych takich znaków. Joanna Jurewicz, dziś profesor Uniwersytetu Warszawskiego, napisała do "Gazety" coś, co zapadło mi w pamięć. Że gdyby Chrystus widział, co się tam dzieje, zszedłby z krzyża, wziął go na ramiona i zaniósł gdzieś, gdzie jego widok nie rani nikogo.
Krzyż jest krzyżem. To nie tautologia, to teologia. Najgłębiej ortodoksyjna.
Źródło: Gazeta Wyborcza