http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Europejska cofka

Jacek Pawlicki
2009-11-21, ostatnia aktualizacja 2010-08-12 00:46

Catherine Ashton nie jest może Henrym Kissingerem, sławnym amerykańskim sekretarzem stanu z lat 70., ale i Unia Europejska nie jest Stanami Zjednoczonymi Europy. Jaka Unia, takie władze - co wcale nie musi oznaczać, że gorsze

Catherine Ashton, dotychczas
komisarz UE ds. handlu, baronessa
z brytyjskiej Labour Party
Fot. VINCENT KESSLER REUTERS
Catherine Ashton, dotychczas komisarz UE ds. handlu, baronessa z brytyjskiej...
Tak krawiec kraje, jak materii staje. Nie inaczej było w przypadku wyborów unijnych przywódców. Materii, czyli woli, by oddać więcej władzy prezydentowi i szefowi dyplomacji, było niewiele, więc kompetencje uszyto przyciasne. To poniekąd zrozumiałe, bo nawet nasz minister Radosław Sikorski nie chciałby, by Ashton zajęła się polską polityką zagraniczną wobec Ukrainy, nie mówiąc o innych unijnych mocarstwach strzegących swej polityki wobec świata.

Potem do tych przyciasnych kompetencji trzeba było znaleźć osoby, które się w nie zmieszczą, z czym był problem. Wysokim przedstawicielem ds. polityki zagranicznej nie chciał być ani obecny szef brytyjskiego MSZ David Miliband, ani nawet poprzednik Ashton na stanowisku komisarza UE ds. handlu Peter Mandelson. Obaj woleli zostać w brytyjskiej polityce i walczyć o poprawienie sytuacji Partii Pracy, która niemal na pewno przegra przyszłoroczne wybory.

Z kolei Włoch Massimo D'Alema nie odpowiadał Polsce i kilku innym krajom postkomunistycznym z powodu swych związków z włoskim komunizmem.

Prezydent i szefowa dyplomacji zostali wybrani w wyniku kompromisów i według europejskich zasad. Zgodnie z nimi trzeba zachować równowagę między dużymi i małymi, lewicą a prawicą, Północą i Południem, Wschodem i Zachodem, kobietami i mężczyznami. No i jeszcze coś dać Brytyjczykom, żeby chcieli budować Europę.

Polska inicjatywa castingu kandydatów wywołała sporo zamieszania, zwróciła na chwilę uwagę na polskiego premiera, ale w zasadzie nie zmieniła nic w sposobie działania i wybierania na szczycie. Dała iluzoryczne nadzieje małym krajom, takim jak Łotwa czy Estonia, że ich kandydaci mogą sięgnąć po najwyższe urzędy. Wszystko odbyło się po staremu, czyli w gronie największych krajów i za zamkniętymi drzwiami.

Kac zwolenników ściślejszej integracji i mocnego przywództwa w UE bierze się stąd, że po miesiącach wygłaszania deklaracji i obietnic, iż dzięki traktatowi lizbońskiemu Unia stanie się bardziej widoczna, przywódcy zrobili coś odwrotnego - wybrali osoby małego formatu. Zeszli do najniższego wspólnego mianownika, ale też na tym mianowniku wspólnych interesów zawsze opierała się zjednoczona Europa.

Z zamiłowaniem do japońskiego haiku belgijskiego premiera Van Rompuya wszyscy się zdążyli oswoić, ale kiedy nazwisko nikomu bliżej nieznanej baronowej Ashton pojawiło się pierwszy raz w kuluarach, jeden z polskich obserwatorów nerwowo rzucił: - Oby nie okazała się ona Fotygą unijnej dyplomacji.

Wiemy, jaką minister spraw zagranicznych była Anna Fotyga. Jaką będzie baronowa Ashton, możemy się tylko domyślać. Owszem, nie ma doświadczenia w polityce międzynarodowej i zapewne nie będzie szybko gwiazdą na miarę Tony'ego Blaira czy Carla Bildta. Nie doprowadzi jednak do załamania polityki zagranicznej Unii ani do izolacji Europy.

Przede wszystkim stanie za nią niezwykle sprawny unijny aparat dyplomatyczny oraz autorytet Unii. Znajdą się przy niej odpowiedni doradcy. Będzie mogła też liczyć na wsparcie rodzinnego kraju, który uważa się za mocarstwo - także w dyplomacji.

Jeśli unijni przywódcy znajdą dość woli, by wyposażyć ją w silny mandat na negocjacje z USA, Chinami czy Rosją, Waszyngton, Pekin czy Moskwa będą musiały słuchać jej głosu. Może na początku nie będzie czerwonych dywanów i telefonów od Baracka Obamy, ale jeśli baronowa da się poznać jako stanowczy i twardy negocjator, będą się z nią liczyć i minister amerykański, i rosyjski.

W przypadku Belga mam mniej wątpliwości. Człowiek, który pogodził Flamandów z Walonami i potężnie skłócone partie belgijskie, poradzi sobie z szukaniem kompromisów w UE. W dodatku pochodzący z małego i bardzo proeuropejskiego kraju Van Rompuy będzie pilnował, by duże kraje nie zagarniały za wiele dla siebie.

Oczywiście ani Rompuy, ani Ashton nie zagrożą pozycji Merkel czy Sarkozy'ego. Z drugiej strony nie będą też konkurowali z Parlamentem Europejskim ani krajem właśnie sprawującym rotacyjne przewodnictwo w UE. Ale i Donald Tusk mówił, że przywódcy unijni nie oddadzą zbyt wiele władzy prezydentowi i szefowi MSZ.

Europoseł Jacek Saryusz-Wolski, który od wczesnych lat 90. zajmuje się integracją, powiedział mi kilka tygodni temu, że w Europie, tak jak na Bałtyku, mamy teraz "cofkę". Najpierw wszyscy zapalili się do traktatu lizbońskiego i wizji silnych instytucji, a potem się tego przestraszyli i zaczęli temperować ambicje.

No cóż, Unia nie jest tworem rewolucji, tylko ewolucji, na którą muszą się zgodzić wszyscy. Dlatego na silne unijne przywództwo trzeba jeszcze trochę poczekać.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':