Decyzja czwartkowego szczytu Unii, który powierzył Ashton unijną dyplomację, to rozczarowanie dla tych zwolenników traktatu lizbońskiego, którzy spodziewali się, że wzmocni on unijne instytucje już w bliskiej przyszłości.
- Catherine Ashton powinna być w myśl Lizbony przywódcą znacznie silniejszym i bardziej wpływowym od Javiera Solany, który dotychczas był koordynatorem unijnej dyplomacji. Niestety, na to się nie zanosi - mówi Anand Menon z brytyjskiego ośrodka Chatham House.
Wybór Ashton stał się - zdaniem jej krytyków - przykładem triumfu unijnych procedur wykuwania kompromisu nad troską o meritum. Według ugody między krajami UE posada szefa dyplomacji powinna bowiem trafić do polityka centrolewicy, co zadziałało na korzyść laburzystki Ashton. Szczyt mógł skończyć się fiaskiem, jeśli przywódcy Unii nie daliby jednego z dwóch nowych urzędów twardo domagającej się tego Wielkiej Brytanii. Na rzecz Ashton przemówiła też jej płeć, bo Bruksela chce coraz mocniej wyrównywać szanse kobiet.
- Przyjmuję do wiadomości, że szefowie krajów UE postanowili wybrać słabego polityka, który nie zagrozi ich pozycji. Ale trudno mi zrozumieć, że "MSZ" Unii, która ma 500 mln ludzi, będzie kierowane przez osobę bez żadnego doświadczenia w dyplomacji. Przecież ostrzejsze kryteria stosuje się nawet przy naborze na kierownicze stanowiska w krajowych ministerstwach spraw zagranicznych - podkreśla Menon.
Pomimo dwóch tygodni - wydawało się, że chaotycznych - negocjacji w sprawie wyboru przewodniczącego Rady Europejskiej, zwanego na wyrost prezydentem UE, oraz szefa dyplomacji ostatecznym rozdaniem kart pokierowało trio najważniejszych graczy, czyli
Francja, Niemcy oraz
Wielka Brytania.
Paryż i Berlin uzgodniły kandydaturę Hermana Van Rompuya na prezydenta UE i zdołały uzyskać dla niego poparcie całej Unii. Belg w pierwszych minutach czwartkowego szczytu wygłosił krótkie exposé, po czym został zaakceptowany bez przeprowadzenia głosowania.
Brytyjczycy niemal do ostatniej chwili forsowali byłego premiera Tony'ego Blaira, choć nie miał on większych szans m.in. z racji obaw kanclerz Angeli Merkel przed zbyt silnym konkurentem w Brukseli. Londynowi oddano więc prawo do obsadzenia posady szefa dyplomacji. Brytyjczycy rozważali kandydatury Geoffa Hoona (byłego ministerstwa obrony) oraz Jacka Strawa (byłego szefa
MSZ, teraz ministra sprawiedliwości), ale ostatecznie wygrała Ashton silnie popierana przez szefa Komisji Europejskiej José Manuela Barrosę.
- Barroso już kilka tygodni temu obstawiał, że wygra duet Van Rompuy - Ashton - mówi jeden z bliskich współpracowników szefa KE. Barroso nazwał wczoraj ten wybór "najlepszym z możliwych", bo - jak twierdzą złośliwi - żaden z nowych przywódców UE nie zdoła przyćmić szefa Komisji.
Brytyjski premier Gordon Brown dotarł na szczyt już tylko z jednym nazwiskiem w kieszeni. I już w pierwszych minutach posiedzenia zaczął pisać przemówienie na temat wygranej Ashton, które wygłosił po zakończeniu szczytu. Także w jej przypadku nie przeprowadzono formalnego głosowania, czego Polska domagała się jeszcze przed kilkoma dniami.
Van Rompuy będzie prezydentem UE od 1 stycznia, a Ashton obejmie swe obowiązki już 1 grudnia, choć w styczniu czeka ją jeszcze formalne zatwierdzenie przez
Parlament Europejski (wraz z całą nową Komisją Europejską, której będzie wiceprzewodniczącą). Polska zabiega, aby europoseł Jacek Saryusz-Wolski objął ważne stanowisko w nowej służbie dyplomatycznej UE, którą musi stworzyć Ashton.
Dla Gazety Dominique Moisi, ekspert Francuskiego Instytutu Stosunków Międzynarodowych To wszystko mogło wyglądać inaczej. Mogliśmy mieć na czele Unii bardzo silnych ludzi, którzy walczyliby o siłę i prestiż Europy. A wybrano nic nieznaczących polityków, którzy nie podołają temu zadaniu. Wizja Europy jako silnego gracza na scenie międzynarodowej staje się mrzonką. Nie przychodzi mi do głowy żadne rozwiązanie, które mogłoby ten stan zmienić. Po długoletnich bojach - najpierw o europejską konstytucję, potem o traktat lizboński - czeka nas regres.
Winnych łatwo wskazać: to Nicolas Sarkozy, Angela Merkel i Gordon Brown. Nie chcieli, by ktokolwiek w Europie stał nad nimi, by ktoś inny rozmawiał z Barackiem Obamą czy Hu Jintao. Konsekwencje odczuje cała UE.
Aleksander Vondra, były czeski wicepremier Od początku nie byliśmy entuzjastami tego, żeby Unia miała prezydenta. To po pierwsze. Po drugie - nie podoba nam się procedura wyboru, która jest nieprzejrzysta. I po trzecie - wybór nie jest jakiś tragiczny. Może i belgijski premier jest trochę szarą myszką, ale to lepiej niż gdyby stanowisko prezydenta dostał jakiś gigant.
Fiodor Łukjanow, redaktor naczelny pisma "Rosja w Polityce Globalnej" Wybór Hermana Van Rompuya i Catherine Ashton nie budzi w Moskwie ani specjalnych obaw, ani specjalnych nadziei. Rosja ma teraz inny problem z Unią. Tam jest Komisja Europejska i od czwartku - jeszcze i prezydent Unii oraz szefowa dyplomacji. I nikt u nas nie wie, jaki jest podział ich kompetencji, kto czym się będzie zajmował, kto będzie naszym partnerem. Sami biurokraci europejscy tego nie wiedzą. I obawiam się, że nie będziemy tego wiedzieć, póki to wszystko samo się nie dotrze. A to może potrwać ze dwa lata.