Rozmowa z Corneliusem Ochmannem, analitykiem niemieckiej fundacji Bertelsmanna
Bartosz T. Wieliński: Po wyborze unijnego prezydenta i szefowej dyplomacji Berlin budzi się chyba na kacu... Cornelius Ochmann: I to na sporym. Wystarczy włączyć telewizor, by przekonać się, że z wyboru Van Rompuya i Ashton nikt tu nie jest zadowolony. Mówi się o klapie szczytu, o falstarcie. Wielu komentatorów jest wściekłych na kanclerz Merkel.
Można zapytać, po co było forsować traktat lizboński, skoro na czele Unii stoją ludzie z politycznej drugiej ligi? - To dlatego, że
Angela Merkel i Nicolas Sarkozy patrzą na Europę po staremu. Wyznają zasadę, że decydować mają wielkie państwa w swoim gronie, co trochę kłóci się z duchem traktatu lizbońskiego. Stąd też taka obsada tych stanowisk i stąd głośna krytyka, także w Niemczech.
Wcześniej marzył nam się duet: luksemburski premier Jean-Claude Juncker i szef brytyjskiej dyplomacji David Miliband. Ale nasza kanclerz i francuski prezydent uznali, że tacy kandydaci będą dla nich balastem. Nie dość, że są znani, to jeszcze mają ambicje i mogliby ich przyćmić. Na pewno nie byliby łatwo sterowalni.
Czy Europę czeka stagnacja pod rządami Hermana Van Rompuya i Catherine Ashton? - Bynajmniej. Można się krzywić na wyniki szczytu, ale nie stała się żadna tragedia. Kandydaci nie są wprawdzie z najwyższej politycznej półki, ale trzeba dać im szansę. Van Rompuy opanował perfekcyjnie sztukę mediacji i jako premier uchronił od rozpadu Belgię. Teraz będzie równoważył interesy krajów w UE. Ktoś taki jest bardziej potrzebny niż polityczna gwiazda. Jako niezbędny mediator może szybko osiągnąć takie znaczenie, że faktycznie Obama będzie dzwonił do niego.
Pani Ashton, zanim zacznie działać jako szefowa dyplomacji, musi sobie najpierw zbudować aparat, bo europejska służba dyplomatyczna jeszcze nie funkcjonuje. Ashton nie będzie pracować sama, trzeba jej przydzielić kompetentnych zastępców odpowiedzialnych za np. stosunki z Afryką czy Partnerstwo Wschodnie. Jeśli współpraca między nimi dobrze się ułoży, to Ashton osiągnie sukces. Jeśli się zaś nie sprawdzą, to za dwa i pół roku Europa wybierze innych ludzi. Powiemy wówczas: "pierwsze śliwki -robaczywki".
Dlaczego Polska nie przebiła się z pomysłem castingu na unijnego prezydenta i szefa dyplomacji? - W przypadku prezydenta byłoby to szaleństwo, bo w ten sposób można by spalić kandydatów w ich krajach. Casting miałby zastosowanie w przypadku szefa dyplomacji, ale jak widać unijni wielcy woleli dogadywać się w swoim gronie. Przy okazji wyszło na jaw, że Polska podczas tych negocjacji postawiła na złego konia. Casting miał być głosem małych i średnich państw, z którymi Polska chciała wejść w sojusz. Tymczasem Warszawa powinna grać w swojej lidze, miejsce Polski jest wśród wielkich krajów. Wasza dyplomacja powinna skupić się na tym, by zapewnić Polsce miejsce w tym gremium, bo to ono decyduje o najważniejszych kwestiach, takich jak
budżet czy ewentualne rozszerzenia.