Paweł Smoleński: Od jakiegoś czasu na Zachodzie politykę państwa Izrael miesza się z Żydami i żydostwem, z obywatelami państwa Izrael, z antysyjonizmem i antysemityzmem, a nakaz opowiadania politycznie poprawnych bzdur, koniecznie w kontekście obrony praw człowieka, demonizowania i przyprawiania gęby, zaczął być dobrze widziany. To dotarło do Polski. - Szkoda. A było tak przyjemnie.
Opowiem ci historię z kwietnia 2005 r., gdy Zrzeszenie Nauczycieli Akademickich w Wielkiej Brytanii uznało, że należy bojkotować izraelskie instytucje naukowe w odwecie za izraelską politykę wobec Palestyńczyków.
Sam uczę w szkole wyższej, więc uznałem, że bojkot mnie też dotyczy. Przez lata otwarcie protestowałem przeciw pomysłowi izraelskiego wojska, żeby wysadzać w powietrze
domy rodzin zamachowców. To niemoralne i nieskuteczne, krzywdzi niewinnych. A tu postanowiono ukarać setki niewinnych, również mnie - odpowiedzialność zbiorowa. Podobno tak nie wypada, lecz w przypadku Izraelczyków ta reguła nie obowiązuje.
Organizatorzy bojkotu mówili, że tak samo traktowano RPA w czasach apartheidu. Ale tam szkoły wyższe były filarem segregacji, nawet jeśli wielu uczonych się z tym nie godziło. W Izraelu w jednej uczelni, na jednym roku i w jednej grupie studiują Żydzi i Arabowie, bo takie jest państwowe prawo.
To jakieś mentalne pomieszanie. Ale OK - bojkotujcie izraelskich matematyków, nauczycieli łaciny, a jeśli izraelscy farmaceuci znajdą sposób na raka, nie łykajcie tych pigułek.
Tylko mentalne? - Gdy byłem dzieckiem, podczas każdego święta Paschy zastanawiałem się, dlaczego - wedle biblijnych przekazów - wytracono całe pokolenie Żydów urodzonych w Egipcie, żeby ci nowi mogli osiedlić się w Ziemi Świętej. Opowiadanie, że trzeba było pozbyć się urodzonych w niewoli, wyglądało na brednię. Czy ci ludzie chcieli urodzić się w niewoli? Nie. Zrobili coś złego? Nic. Jak można karać kogoś za coś, za co odpowiedzialny był faraon? Nie powinien był robić tego nawet Bóg. Lecz okazuje się, że nawet dziś można karać nie tych, których trzeba - każdy Izraelczyk jest zły i kwita.
Moją tłumaczkę na angielski Miriam Shlesinger i innego Izraelczyka - prof. Gideona Toury'ego wyrzucono z rady pisma "Tłumacz". Przesłano im listy, w których napisano wprost, że współpraca z nimi nie jest możliwa w kontekście kampanii na rzecz praw człowieka w Palestynie łamanych przez państwo Izrael.
Tymczasem Miriam przez całe lata była w Izraelu szefową Amnesty International i znaną działaczką na rzecz praw Palestyńczyków i pokoju. W Anglii doświadczyła kolejnego bojkotu, bo wcześniej radykalna izraelska prawica wzywała studentów, by rezygnowali z jej zajęć, gdyż "ma niesłuszne poglądy" na stosunki palestyńsko-izraelskie.
Miriam została ukarana za swe żydostwo. Przypomniały mi się wtedy moje dziecięce rozmyślania. I wyszło mi, że brytyjscy naukowcy i tłumacze nawołujący do bojkotu postawili się w sytuacji żydowskiego Boga, który był leniwy, bo nie chciało mu się szukać rozwiązania problemu uwolnionych niewolników i wskazać prawdziwych winowajców. Oraz że wzorem wszystkich bogów są przekonani, iż sprawiedliwość i racja jest zawsze po ich stronie.
Z artystami bywa podobnie. Ken Loach, znany reżyser, wycofał swój film z festiwalu w Melbourne, bo dowiedział się, że będzie tam film izraelski, współfinansowany przez izraelskie instytucje, a za bilet dla reżysera zapłaci Izrael. Ciekawe, że nie wycofał filmu z Cannes, gdzie pokazywano kilka izraelskich produkcji. Może dlatego, że jest marksistą, a byt określa świadomość. Melbourne to mały festiwal. Gdyby Loach wypiął się na Cannes, przemysł filmowy urwałby mu głowę.
Taka sama awantura była w Toronto. Tym razem film wycofał kanadyjski dokumentalista, a poparli go m.in. Jane Fonda i oczywiście Loach. Nie pomogły tłumaczenia, że na festiwalu są filmy palestyńskie i egipski. Argumentowano, że zgoda na prezentację filmu izraelskiego to jakby promować chilijskie wino za dyktatury Pinocheta albo południowoafrykańskie owoce w szczycie apartheidu. Podobnie działo się nawet na festiwalu filmowym w Jerozolimie. Po co w ogóle ktoś zgłaszał tam filmy?
Zabawne jest to, jak na podobne wypadki reaguje izraelska syjonistyczna prawica: "Dobrze wam tak. Zasłużyliście sobie, bo podlizywanie się antysemitom nic nie da". Ona nie może żyć bez antysemitów nowej generacji. A oni bez niej.
Loach jest przypadkiem szczególnym. Umie mówić o "samozwańczym państwie Izrael" lub o tym, że "antysemityzm jest zrozumiały", bo podsyca go Jerozolima - ...i co z tego, skoro ludzie mający się za nowoczesnych, światłych, współczujących kupują taki punkt widzenia, np. Naomi Klein. A przecież to mądra kobieta.
Gdy Klein z pasją opowiada o zagrożeniach globalizacji, widać, że wierzy w to, co mówi. Ale czytałem też jej kilka tekstów o Iraku. Byłem tam jakiś czas i - bez nabożeństwa dla Amerykanów, ale też wiedząc, że Irakijczycy robią, co mogą, by lepiej im się wiodło - mam wrażenie, że odwiedziliśmy różne kraje. - To nasze żydowskie nieszczęście: połączenie pasji i ideologii. Szanuję Klein, wydaje mi się, że w "No logo" opisała prawdziwe współczesne zagrożenia. Ma jasne spostrzeżenia i celne diagnozy. Wyłączając opinie o Izraelu i Bliskim Wschodzie, kiedy powtarza antyizraelskie, a w podtekście antysemickie frazesy.
Ideologiczność w połączeniu z pasją wypacza prawdę, bo prawda, a nawet wiele prawd - żydowskich i palestyńskich, arabskich i bliskowschodnich - to nieideologiczność, gdyż prawdy po prostu są. Pasja opisu albo namiętność reakcji nie są tu żadnym ratunkiem.