Adam Leszczyński: Gosia, Ania i Ilona - trzy dwudziestolatki z byłych PGR-ów przyjeżdżają do Warszawy, szukając lepszego życia. Przez wiele miesięcy chodziłyście za nimi z kamerą. Co chciałyście pokazać? Karolina Bielawska: Przeczytałyśmy informację o programie aktywizacji zawodowej dla dziewcząt z terenów popegeerowskich i od razu skojarzyło nam się to z filmem „Dziewczyny do wzięcia” Janusza Kondratiuka z 1972 roku - o trzech dziewczynach ze wsi, które przyjeżdżają do stolicy, żeby odmienić swój los. Pomyślałyśmy, że może uda nam się przenieść akcję tego filmu w realia dokumentalne współczesnej Polski.
Julia Ruszkiewicz: Zastanawiałyśmy się, jak te dziewczyny się zmienią pod wpływem Warszawy? Jakie mają problemy? W jakim stopniu miejsce urodzenia i środowisko determinują ich życie? Długo szukałyśmy bohaterek. Przejechałyśmy setki kilometrów, szukając dziewczyn, które nie tylko zgodziłyby się na udział w filmie, ale też byłyby zdeterminowane i chciały odnieść sukces.
Sukces, czyli co? J.R.: Wyrwać się z biedy, znaleźć pracę i mieszkanie.
Kiedy oglądałem wasz film, miałem wrażenie, że wszystkie są w takiej sytuacji. K.B.: Ale z różnych powodów. Jedna chce się wyrwać z miejsca, gdzie życie według niej nie ma perspektyw. Gdzie nie ma pracy i autobus nie dojeżdża. Jedynym zajęciem jest siedzenie na ławeczce przed blokiem. Druga jest samotną matką. Chce polepszyć byt sobie i swojemu czteroletniemu synkowi. Trzecia bohaterka marzy o tym, by zostać fryzjerką.
Żadnej się nie udaje. Może program jest do niczego? K.B.: Program ma szczytne cele. Problem polega na tym, że dziewczyny nie potrafią z niego skorzystać, gdyż powstał z perspektywy Warszawy, a nie popegeerowskiej wsi.
Kto ten program wymyślił? K.B.: Pomysłodawcą projektu jest ks. Mirosław Jaworski. Program istnieje dzięki unijnym funduszom, prowadzą go
Caritas Archidiecezji Warszawskiej wraz z Agencją Nieruchomości Rolnych.
J.R.: Uczestniczki przez pół roku mieszkają w sąsiedztwie Pałacu Prezydenckiego i eleganckich hoteli, nie płacą za lokum i wyżywienie, mają spotkania z doradcą zawodowym i dostają oferty pracy. W zderzeniu z takim światem od razu jednak czują się gorsze.
K.B.: A potem zostają wysłane na kurs savoir-vivre'u, na którym dowiadują się, że serwetką nie można wytrzeć ust w restauracji, bo można ją pobrudzić. Albo że kiedy je się kurczaka, to nie trzyma się go w ręce.
A trzyma się? Bo ja pojęcia nie mam. K.B.: Otóż jak jest się na pikniku, to można jeść kurczaka ręką, ale trzeba go trzymać tylko w jednej dłoni. Na kursie dowiadują się, że pieczywo i bułki je się nożem i widelcem.
W większości ich domów jada się na jednym głębokim talerzu i noża w ogóle się nie używa. Rozważania o kurczaku to abstrakcja. A poza tym - czy to jest ważne? Czy to pozwala odnaleźć się w nowych warunkach? Przekonuje, że można coś osiągnąć? Przeciwnie - pogłębia jeszcze ich izolację.
Siostra prowadząca bursę mówiła do naszych bohaterek: "Pegeerówy wstawać" albo "Śmierdzi wam z ust". Dzięki naszej interwencji ta osoba została usunięta ze stanowiska, ale szkody zostały. Wiele dziewczyn załamało się i wróciło do domu. Czują się napiętnowane.
Przecież nie mają na czole wypisane, skąd są. K.B.: Myślą, że mają. Kiedy kręciliśmy, ludzie bali się, że ktoś z miasta sfilmuje ich biedę. A potem wszyscy będą się z nich śmiać tak jak po filmie „Arizona”.
J.R.: Nie przeszkadzało im, że na podwórku leży stos jakichś gratów. Przeszkadzało im, że ktoś to pokaże. W Warszawie wszystkie dziewczyny miały obsesję, że każdy na nich patrzy. Że widać, że są ze wsi, że są biedne, gorzej ubrane. Kiedy szłyśmy ulicą, często mówiły mi: „Zobacz, oni na mnie patrzą”. Naprawdę nikt nie zwracał na nie uwagi.