http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

PGR - WARSZAWA - PGR

Karolina Bielawska* i Julia Ruszkiewicz**, reżyserki "Warszawy do wzięcia"
2009-11-23, ostatnia aktualizacja 2009-11-20 18:08

Przez pół roku mieszkanie za darmo, z wyżywieniem, kursy, konsultacje zawodowe... Dlaczego Gosi, Ani i Ilonie nie udało się w Warszawie - o bohaterkach swojego filmu "Warszawa do wzięcia" opowiadają reżyserki.


Adam Leszczyński: Gosia, Ania i Ilona - trzy dwudziestolatki z byłych PGR-ów przyjeżdżają do Warszawy, szukając lepszego życia. Przez wiele miesięcy chodziłyście za nimi z kamerą. Co chciałyście pokazać?

Karolina Bielawska: Przeczytałyśmy informację o programie aktywizacji zawodowej dla dziewcząt z terenów popegeerowskich i od razu skojarzyło nam się to z filmem „Dziewczyny do wzięcia” Janusza Kondratiuka z 1972 roku - o trzech dziewczynach ze wsi, które przyjeżdżają do stolicy, żeby odmienić swój los. Pomyślałyśmy, że może uda nam się przenieść akcję tego filmu w realia dokumentalne współczesnej Polski.

Julia Ruszkiewicz: Zastanawiałyśmy się, jak te dziewczyny się zmienią pod wpływem Warszawy? Jakie mają problemy? W jakim stopniu miejsce urodzenia i środowisko determinują ich życie? Długo szukałyśmy bohaterek. Przejechałyśmy setki kilometrów, szukając dziewczyn, które nie tylko zgodziłyby się na udział w filmie, ale też byłyby zdeterminowane i chciały odnieść sukces.

Sukces, czyli co?

J.R.: Wyrwać się z biedy, znaleźć pracę i mieszkanie.

Kiedy oglądałem wasz film, miałem wrażenie, że wszystkie są w takiej sytuacji.

K.B.: Ale z różnych powodów. Jedna chce się wyrwać z miejsca, gdzie życie według niej nie ma perspektyw. Gdzie nie ma pracy i autobus nie dojeżdża. Jedynym zajęciem jest siedzenie na ławeczce przed blokiem. Druga jest samotną matką. Chce polepszyć byt sobie i swojemu czteroletniemu synkowi. Trzecia bohaterka marzy o tym, by zostać fryzjerką.

Żadnej się nie udaje. Może program jest do niczego?

K.B.: Program ma szczytne cele. Problem polega na tym, że dziewczyny nie potrafią z niego skorzystać, gdyż powstał z perspektywy Warszawy, a nie popegeerowskiej wsi.

Kto ten program wymyślił?

K.B.: Pomysłodawcą projektu jest ks. Mirosław Jaworski. Program istnieje dzięki unijnym funduszom, prowadzą go Caritas Archidiecezji Warszawskiej wraz z Agencją Nieruchomości Rolnych.

J.R.: Uczestniczki przez pół roku mieszkają w sąsiedztwie Pałacu Prezydenckiego i eleganckich hoteli, nie płacą za lokum i wyżywienie, mają spotkania z doradcą zawodowym i dostają oferty pracy. W zderzeniu z takim światem od razu jednak czują się gorsze.

K.B.: A potem zostają wysłane na kurs savoir-vivre'u, na którym dowiadują się, że serwetką nie można wytrzeć ust w restauracji, bo można ją pobrudzić. Albo że kiedy je się kurczaka, to nie trzyma się go w ręce.

A trzyma się? Bo ja pojęcia nie mam.

K.B.: Otóż jak jest się na pikniku, to można jeść kurczaka ręką, ale trzeba go trzymać tylko w jednej dłoni. Na kursie dowiadują się, że pieczywo i bułki je się nożem i widelcem.

W większości ich domów jada się na jednym głębokim talerzu i noża w ogóle się nie używa. Rozważania o kurczaku to abstrakcja. A poza tym - czy to jest ważne? Czy to pozwala odnaleźć się w nowych warunkach? Przekonuje, że można coś osiągnąć? Przeciwnie - pogłębia jeszcze ich izolację.

Siostra prowadząca bursę mówiła do naszych bohaterek: "Pegeerówy wstawać" albo "Śmierdzi wam z ust". Dzięki naszej interwencji ta osoba została usunięta ze stanowiska, ale szkody zostały. Wiele dziewczyn załamało się i wróciło do domu. Czują się napiętnowane.

Przecież nie mają na czole wypisane, skąd są.

K.B.: Myślą, że mają. Kiedy kręciliśmy, ludzie bali się, że ktoś z miasta sfilmuje ich biedę. A potem wszyscy będą się z nich śmiać tak jak po filmie „Arizona”.

J.R.: Nie przeszkadzało im, że na podwórku leży stos jakichś gratów. Przeszkadzało im, że ktoś to pokaże. W Warszawie wszystkie dziewczyny miały obsesję, że każdy na nich patrzy. Że widać, że są ze wsi, że są biedne, gorzej ubrane. Kiedy szłyśmy ulicą, często mówiły mi: „Zobacz, oni na mnie patrzą”. Naprawdę nikt nie zwracał na nie uwagi.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 27 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    44 głosy

Kto się wstydzi krzyża?

Pewnej nocy ktoś wywiercił dziury i przykręcił krzyże katolickie. A kolejnej ktoś ukradł krzyż prawosławny... Matka sołtysa wpada do izby i krzyczy: - LEPIEJ NIC IM NIE GADAĆ!

Dlaczego wierzę. Do Krzysztofa Vargi

Napisał pan, że wiara jest deską ratunku, ale nabitą gwoździami. Tak, można się na drodze wiary mocno poranić. Ale my, chrześcijanie, wierzymy, że u kresu tej drogi będzie na nas czekać coś wspaniałego