- „Zdrada Traktatu Lizbońskiego”, „pan i pani Nikt na czele Unii”,
„samobójcza droga" - to wyimki z prasy włoskiej. Van Rompuy jest tak nudny, że aż zegary stają - dorzuca szwedzki „Dagens Nyheter".
Przecieram oczy ze zdumienia. Czyżby koledzy po piórze nie przeczytali Traktatu Lizbońskiego i nie wiedzieli, na jakie urzędy Van Rompuy i Ashton zostali wybrani? I jakie cechy charakteru/polityczne przymioty są potrzebne, żeby te funkcje, tak a nie inaczej zdefiniowane, sprawnie wykonywać? Czy naprawdę publicyści wierzyli w to, że oto
Unia Europejska ma wybrać sobie "prawdziwego" prezydenta, mogącego narzucać krajom członkowskim swoją polityczną wolę? Tak jak np.
Barack Obama narzuca swoje pomysły Kongresowi? Gdyby tak było, faktycznie, moglibyśmy mówić o rozczarowaniu. Wiadomo, na stanowisku prawdziwe decyzyjnym potrzebny jest "lider".
Ale przecież mówimy o zupełnie innej rzeczywistości! Wystarczyło pobieżnie przeczytać Traktat Lizboński, żeby zrozumieć, że i przewodniczący Rady, i szef unijnej dyplomacji, mają pełnić funkcje pomocnicze i (czasami) reprezentacyjne.
Potrzebujemy łączyć Unię, nie dzielić Unia Europejska dzisiaj potrzebuje przewodniczącego który skleja, zszywa, a nie polityka, który wywołuje polityczne burdy, próbującego zmusić państwa członkowskie do podjęcia jakiejś decyzji. Raptem parę tygodni minęło od unijnej awantury o pieniądze na ochronę klimatu, w której Polska znów musiała straszyć wetem, żeby swoje interesy zabezpieczyć... Właśnie w takich momentach (a czeka ich nas jeszcze w UE sporo!) przyda się "rozjemca", potrafiący pogodzić rozjuszone rządy.
Czeka nas ciąg dalszy debaty o energetyce, o imigracji, o rolnictwie i - już wkrótce - o unijnym budżecie. Nawet nie chcę myśleć, co by się działo, gdyby "prezydentem" Unii był w tym czasie Tony Blair, z jego poglądami na
budżet i rolę rolnictwa... Albo że do debaty o reformie unijnego rynku finansowego staje przewodniczący UE pokroju (i charyzmy) Nicolasa Sarkozy'ego. Unia trzeszczałaby w szwach tak głośno, że w Pekinie i Waszyngtonie by słyszeli.
Czytając nagłówki zachodnioeuropejskich gazet, obawiałem się, że jestem w tych poglądach całkowicie odosobniony. Na szczęście, na moją skrzynkę e-mailową wpadł komentarz Adama Jassera, dyrektora programowego i członka zarządu demosEUROPA - Centrum Strategii Europejskiej. A w nim czytamy:
„Lament nad tym, że Unia Europejska sama zepchnęła się na margines polityki światowej wybierając stosunkowo mało znanych polityków na nowe unijne stanowiska, jest najprawdopodobniej nieuzasadniony, a z całą pewnością przedwczesny. /.../ O tym, czy Unia stanie się silniejszym graczem i sprawniejszą organizacją, zdecydują w większej mierze umiejętności obydwu polityków, aniżeli to, czy świat zna ich twarze.
Dajmy im szansę „Wybór Hermana van Rompuy i Catherine Ashton na «prezydenta » i «minister spraw zagranicznych » UE to całkiem dobra wiadomość. Obydwojgu powinniśmy dać szansę, aby pokazali, co potrafią, zamiast z góry spisywać ich na straty i określać jako marne substytuty gwiazd typu Tony Blair czy Carl Bildt
.” "Argument, że świat nigdy o nich nie słyszał i dlatego nikt, a zwłaszcza
Ameryka,
Rosja czy Chiny, nie będzie ich brał poważnie to oznaka typowego europejskiego czarnowidztwa i braku wiary. Tymczasem, inni nie mają takich dylematów. Czy Barack Obama był wielkim ekspertem od spraw międzynarodowych zanim został prezydentem? "
"W pewnym sensie, tęsknota za gwiazdorskimi przywódcami znamionuje chęć zasłonienia ubogiej substancji efektowną formą. Jednakże to, czy Europa będzie traktowana poważnie, zależy od tego, czy będzie w stanie mówić jednym głosem i trafnie określać swoje priorytety. Jeżeli tak się stanie, to prezydenci Chin, Stanów czy Rosji szybko okażą należny szacunek van Rompuyowi i Ashton, a świat nauczy się ich nazwisk. Jeśli natomiast Europa pozostanie podzielona, zdezorientowana i nie przyjmie do wiadomości tego, że świat się zmienia, nawet gwiazdorstwo Tony Blaira nie ochroni jej przed utratą znaczenia w świecie."
Nic dodać, nic ująć.
Więcej
na BlogUE