http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Europejskie szczyty hipokryzji

Konrad Niklewicz
2009-11-20, ostatnia aktualizacja 2009-11-20 15:11

Po wyborze Hermana Van Rompuya na przewodniczącego Rady UE i Catherine Ashton na szefową unijnego MSZ przez europejską prasę przetacza się fala krytyki, że z takimi przywódcami nikt Europy nie będzie traktował poważnie. Ale to zależy nie od tego jakie gwiazdy staną na czele Unii Europejskiej, ale od tego, czy państwa członkowskie będą w stanie mówić jednym głosem i trafnie określać wspólne priorytety.

Konrad Niklewicz
Konrad Niklewicz
- „Zdrada Traktatu Lizbońskiego”, „pan i pani Nikt na czele Unii”, samobójcza droga" - to wyimki z prasy włoskiej. Van Rompuy jest tak nudny, że aż zegary stają - dorzuca szwedzki „Dagens Nyheter".

Przecieram oczy ze zdumienia. Czyżby koledzy po piórze nie przeczytali Traktatu Lizbońskiego i nie wiedzieli, na jakie urzędy Van Rompuy i Ashton zostali wybrani? I jakie cechy charakteru/polityczne przymioty są potrzebne, żeby te funkcje, tak a nie inaczej zdefiniowane, sprawnie wykonywać? Czy naprawdę publicyści wierzyli w to, że oto Unia Europejska ma wybrać sobie "prawdziwego" prezydenta, mogącego narzucać krajom członkowskim swoją polityczną wolę? Tak jak np. Barack Obama narzuca swoje pomysły Kongresowi? Gdyby tak było, faktycznie, moglibyśmy mówić o rozczarowaniu. Wiadomo, na stanowisku prawdziwe decyzyjnym potrzebny jest "lider".

Ale przecież mówimy o zupełnie innej rzeczywistości! Wystarczyło pobieżnie przeczytać Traktat Lizboński, żeby zrozumieć, że i przewodniczący Rady, i szef unijnej dyplomacji, mają pełnić funkcje pomocnicze i (czasami) reprezentacyjne.

Potrzebujemy łączyć Unię, nie dzielić

Unia Europejska dzisiaj potrzebuje przewodniczącego który skleja, zszywa, a nie polityka, który wywołuje polityczne burdy, próbującego zmusić państwa członkowskie do podjęcia jakiejś decyzji. Raptem parę tygodni minęło od unijnej awantury o pieniądze na ochronę klimatu, w której Polska znów musiała straszyć wetem, żeby swoje interesy zabezpieczyć... Właśnie w takich momentach (a czeka ich nas jeszcze w UE sporo!) przyda się "rozjemca", potrafiący pogodzić rozjuszone rządy.

Czeka nas ciąg dalszy debaty o energetyce, o imigracji, o rolnictwie i - już wkrótce - o unijnym budżecie. Nawet nie chcę myśleć, co by się działo, gdyby "prezydentem" Unii był w tym czasie Tony Blair, z jego poglądami na budżet i rolę rolnictwa... Albo że do debaty o reformie unijnego rynku finansowego staje przewodniczący UE pokroju (i charyzmy) Nicolasa Sarkozy'ego. Unia trzeszczałaby w szwach tak głośno, że w Pekinie i Waszyngtonie by słyszeli.

Czytając nagłówki zachodnioeuropejskich gazet, obawiałem się, że jestem w tych poglądach całkowicie odosobniony. Na szczęście, na moją skrzynkę e-mailową wpadł komentarz Adama Jassera, dyrektora programowego i członka zarządu demosEUROPA - Centrum Strategii Europejskiej. A w nim czytamy:

„Lament nad tym, że Unia Europejska sama zepchnęła się na margines polityki światowej wybierając stosunkowo mało znanych polityków na nowe unijne stanowiska, jest najprawdopodobniej nieuzasadniony, a z całą pewnością przedwczesny. /.../ O tym, czy Unia stanie się silniejszym graczem i sprawniejszą organizacją, zdecydują w większej mierze umiejętności obydwu polityków, aniżeli to, czy świat zna ich twarze.

Dajmy im szansę

„Wybór Hermana van Rompuy i Catherine Ashton na «prezydenta » i «minister spraw zagranicznych » UE to całkiem dobra wiadomość. Obydwojgu powinniśmy dać szansę, aby pokazali, co potrafią, zamiast z góry spisywać ich na straty i określać jako marne substytuty gwiazd typu Tony Blair czy Carl Bildt.”

"Argument, że świat nigdy o nich nie słyszał i dlatego nikt, a zwłaszcza Ameryka, Rosja czy Chiny, nie będzie ich brał poważnie to oznaka typowego europejskiego czarnowidztwa i braku wiary. Tymczasem, inni nie mają takich dylematów. Czy Barack Obama był wielkim ekspertem od spraw międzynarodowych zanim został prezydentem? "

"W pewnym sensie, tęsknota za gwiazdorskimi przywódcami znamionuje chęć zasłonienia ubogiej substancji efektowną formą. Jednakże to, czy Europa będzie traktowana poważnie, zależy od tego, czy będzie w stanie mówić jednym głosem i trafnie określać swoje priorytety. Jeżeli tak się stanie, to prezydenci Chin, Stanów czy Rosji szybko okażą należny szacunek van Rompuyowi i Ashton, a świat nauczy się ich nazwisk. Jeśli natomiast Europa pozostanie podzielona, zdezorientowana i nie przyjmie do wiadomości tego, że świat się zmienia, nawet gwiazdorstwo Tony Blaira nie ochroni jej przed utratą znaczenia w świecie."

Nic dodać, nic ująć.

Więcej na BlogUE

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 12 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    22 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':